Kto wiedział, kto nie powiedział?

Kisiel napisał kiedyś, że herbata nie robi się słodsza od samego mieszania. Niekiedy jednak, w okolicznościach szczególnych, i czynność mieszania może mieć sens: idzie wtedy o to, by coś robić, zająć się czymkolwiek, by odwrócić myśli.

Kisiel napisał kiedyś, że herbata nie robi się słodsza od samego mieszania. Niekiedy jednak, w okolicznościach szczególnych, i czynność mieszania może mieć sens: idzie wtedy o to, by coś robić, zająć się czymkolwiek, by odwrócić myśli.

Tak jest i teraz. Próbujemy to zagadać, utopić w rzece słów. Słów powtarzanych po tysiąckroć. Słów, od których nie stajemy się mądrzejsi i które niczego nie wnoszą, chociaż czasami pozwalają odkryć tych, o których myśleliśmy, że lepiej znać ich już nie można.

Chociaż nie, niezupełnie tak. Przy tej akurat okazji ani razu nie słyszałem, a słuchałem w swej wrocławskiej pustelni sporo, zimnego, do cna cynicznego, tak ulubionego przez angielskojęzycznych, skwitowania, że kolejny raz po prostu ktoś znalazł się w złym miejscu o złym czasie...

Tak gdzieś po dwóch dniach dosięgła mnie najpierw fala, a potem lawina, odkurzonych proroctw i przepowiedni, kolejny raz zaopatrywanych w nowe, jeszcze ciepłe i pachnące gumą bieżniki. Mieszały się odmiany językowe takie i owakie. Te same wersje, w tym samym języku, były wzajemnie sprzeczne i pozwalały bez specjalnego wysilania umysłu dostrzec pospieszne aktualizacje, usiłujące dopasować je lepiej do istoty tego, co właśnie się wydarzyło. Gwiazdologia praktyczna i teoretyczna w całej okazałości.

Pokusie wynajdywania dających się skojarzyć magicznych dat ulegli nawet członkowie kalendarzowej listy dyskusyjnej. Ludzie znający tajniki kalendarzy tajskich, malajskich i jakich tam jeszcze, bardziej niż ktokolwiek świadomi względności i umowności tej formy rachuby czasu. Ludzie piszący programy dokonujące konwersji dat bieżących, przeszłych i przyszłych z jednego kalendarza na dowolny inny. Znam ich od lat z racji osobistego zainteresowania rachunkiem czasu w systemach informatycznych, wiem więc, że zazwyczaj stać ich na wiele. Tym razem jednak cały efekt ich poszukiwań jest na poziomie "w maju w tramwaju".

Są i trwają zarzuty bezpośrednio pod adresem naszej profesji: gdzie byliście z waszymi komputerami wy, którzy udajecie, że potraficie połączyć moją, twoją i każdą osobę z tym, co znalazło się w jej sklepowym koszyku, a to zaś z półką, na której jeszcze przed chwilą leżało. Czy tak naprawdę umiecie w ogóle cokolwiek skojarzyć z powodzi tego, czym pozwalacie się zarzucać wymyślonym przez siebie eszelonom i karniworom? A może w dżungli, która wam z tego wychodzi, spokojnie i niezauważenie mogą sobie latami rosnąć całkiem spore drzewa?

Gdzieś odbywa się koncert solidarnościowy: od razu wiadomo że to Europa, bo orkiestra, bo soliści, bo chóry, czyli dziewiąta Beethovena, a właściwie jej ostatnia część, czyli Europy tej hymn. W czasie gdy chór śpiewa "Alle Menschen werden Brueder..." głupia w tych okolicznościach, może nawet złośliwa, refleksja: Braćmi? Wszyscy? Kiedy? Czy kiedykolwiek?

Zapowiedzi odwetu. Brzmiące jak groźby niejakiego Kani, bohatera sztuki Dymnego Oskarżony. Kani, który, gdy kolega w wojennym okopie złośliwie domniemywał, co też w tej chwili może robić Kanina żona z jakimś Niemcem, krzyczał "Zabiję!", na co ten drugi ironicznie pytał: Kogo?

Ukojenie, jak zwykle, przynosi dopiero lektura (dziękuję! - Krzysztofie K.). Poczytajmy więc:

"Stara dama (...) odważyła się zrobić kilka pocieszających uwag, które streściły się w tym, iż wielkie to szczęście, że się nie stało jeszcze gorzej; że im mniej się będzie mówić o tym, tym lepiej; że prawdę powiedziawszy, trudno dowieść, by to, co się stało, było wielkim nieszczęściem; że co się stało, to się nie odstanie; że trzeba znieść to, czemu nie można przeszkodzić".

Dickens też wiedział. Lepiej.


TOP 200