Księżyc czy tabliczka mnożenia? Felieton Michała Bonarowskiego

Wyobraźcie sobie, że jest taka artystka, która maluje suknie. Wzory są fantazyjne i nieregularne, a barwy żywe, ostre, wyraziste. Interesująca jest technika malarska. Otóż farba jest nanoszona bez użycia pędzla czy innego przedmiotu. Narzędziem jest tu sama artystka, która najpierw połyka farbę, a następnie oddaje ją na tkaninę. Często robi to z dużej wysokości, co dodatkowo czyni tę technikę trudną i wymagającą. Suknie cieszą się powodzeniem i są drogie: ceny zaczynają się od kilkunastu tysięcy dolarów za sztukę. Ale ma się pewność, że drugiej takiej nie będzie na żadnym ślubie czy przyjęciu. No i dodatkowo każda suknia ma niepowtarzalną i nierozerwalną więź z artystką – jest namalowana nią samą.

Można powiedzieć, że to, co robi Millie Brown, jest ekscentryczne, wydziwione, a nawet obrzydliwe. Nie da się jednak odmówić tej technice malowania waloru osobistego. Wzory wychodzą bez żadnych przyrządów i narzędzi, można by rzec: z trzewi artystki. To jest prawdziwa artystyczna niezależność na wielu płaszczyznach, także na technicznej, bo nie potrzebuje ona nikogo, kto by jej pomógł w tworzeniu dzieła. Nawet suknię może sama utkać i uszyć, ograniczając użyte technologie do minimum.

Chińczycy wylądowali na ciemnej stronie Księżyca. Właściwie wylądował tam mały robot, ale to praktycznie bez znaczenia. To projekt w niewielkim stopniu praktyczny, raczej prestiżowy. Pokazuje, że Chiny są już w grupie państw wykorzystujących najwyższe technologie, w pierwszej lidze światowej. To propaganda skierowana do własnych obywateli, ale i do konkurentów w walce o światową dominację w gospodarce i technice. Projekt nie tylko skomplikowany, ale i drogi. Stać ich, bo się szybko rozwijają. Loty w Kosmos to też biznes, bo w przestrzeni łatwiej buduje się procesory i stosuje inne techniki inżynierskie wymagające innych niż na ziemi warunków fizycznych. To z kolei pomaga budować narzędzia, które służą innym do pracy czy rozrywki. Trafić w Księżyc wcale nie jest łatwo, choć wydaje się duży i dostępny. Przypomina mi się tu historia o jednym amerykańskim locie w Kosmos, który się nie udał, bo w obliczeniach pominięto ruch wirowy Ziemi. Chińczycy, jak widać, się nie pomylili i stąd sukces.

Zobacz również:

Nas, Polaków, może też byłoby stać na kosmiczne podboje? Takie tęsknoty usłyszycie w wypowiedziach komentatorów chińskiego lotu. Że przecież Polska ma od lat ośrodek badań kosmicznych, że był Hermaszewski, że łazik marsjański by się bez nas nie sprawił tak świetnie, że w końcu Twardowski pokazał, jak zwyciężać mamy tam, wysoko, na Księżycu. To ostatnie może i żartem, ale zaręczam Wam, że niektórzy na takich mitach budują poczucie siły.

Nie mam nic przeciwko Polsce w Kosmosie. Wysyłajmy tam, co się da – urządzenia i ludzi, skoro nam to pomoże w biznesie i budowaniu ego. Ale wolałbym, żebyśmy najpierw nauczyli się poprawnie obsługiwać proste narzędzia, dostępne dla każdego z nas. Choćby takie jak tabliczka mnożenia czy proste dodawanie i odejmowanie. No bo to w sumie wstyd, że gdy Chińczycy wcelowują w oddalony o ponad 384 tysiące kilometrów od Ziemi obiekt, my nie możemy poprawnie policzyć rankingu szkół średnich, i to nie raz, ale ponoć od 2012 do 2018 r. Ten ranking dla uczniów i rodziców jest ważniejszy niż sto łazików księżycowych. A jednak błędy w formule powodują, że trajektoria księżycowych lotów może być zaburzona i lądowanie będzie twarde.

Jesteśmy z tym rankingiem trochę jak Millie Brown. Niby się staramy, ale wychodzi trochę krzywo, niedokładnie, a w zasadzie przypadkowo. Publiczności się podoba, nawet płacą, ale czy na pewno o to chodzi? Można powiedzieć, że w dziedzinie rankingów szkół średnich wybieramy w Polsce artystyczną fantazję niż księżycową precyzję. I to nie jest dobry news na koniec pierwszego dwudziestolecia XXI wieku.


TOP 200