Królewski przycisk

Mieliśmy, jeszcze nie tak dawno, dość wyjątkowe kierownictwo ministerstwa zajmującego się powszechną edukacją. Wysocy jego dostojnicy głosili kuriozalne poglądy na tematy - wydawałoby się - dawno naukowo zbadane i przesądzone. Kwestionowali m.in. teorię ewolucji, co, jak przekonanie o płaskości Ziemi, wolno głosić każdemu, ale na imieninach u cioci, a nie w programach szkolnych.

Sam ówczesny minister, zaś, największe zło dostrzegł w Internecie i wystąpił z inicjatywą napisania i rozpowszechniania, m.in. w szkolnych pracowniach komputerowych, programu blokującego dostęp do treści uznanych (przez kogo?) za szkodliwe dla szkolnej młodzieży.

Skuteczność takich programów jest taka sobie, o czym przekonują się użytkownicy Internetu w różnych instytucjach, które - na zasadzie prenumeraty - kupują podobne programy i związane z nimi, stale aktualizowane, listy stron niepożądanych i niebezpiecznych. Prędzej czy później, okazuje się, że program taki skutecznie blokuje dostęp do jakichś treści akurat bardzo potrzebnych, a w innym przypadku okazuje się dziurawy i ochoczo przepuszcza to, co miał blokować.

Wszystko to nie oznacza jednak, że problemu w ogóle nie ma i że Internet nie niesie ze sobą zagrożeń, nie tylko zresztą dla dzieci i młodzieży. Problem natomiast w tym, że trudno w ogóle mówić o skutecznej, automatycznej kontroli, a kontrola nieudolna, wszechogarniająca, więcej przynosi szkody niż pożytku.

Przekonali się właśnie o tym Czesi. Ich władze również widzą te problemy i po swojemu próbują je rozwiązywać. W ich akurat przypadku pomocą ma być powszechnie dostępny program-nakładka do przeglądarek internetowych (na razie Internet Explorer, reszta później). Nakładka ta wyświetla, pośród innych przycisków ekranowych przeglądarki, tzw. Czerwony Przycisk (Červené Tlačítko).

Przycisk ten działa w ten sposób, że widząc na ekranie groźne treści, które niespodziewanie się pojawiły, wystarczy wskazać i nacisnąć rzeczony przycisk, a namiary owych treści zostaną automatycznie przekazane do policji, która już będzie wiedziała, co z nimi dalej zrobić.

Pomysł - wydawałoby się - niegłupi, a przy tym prosty i niekłopotliwy w stosowaniu. Przy bliższej analizie j,ednak, szybko okazało się, że co innego podniosłe i szczytne idee, a co innego realizacja...

Wykryto szybko, że rzeczona nakładka gromadzi i wysyła na jakiś zewnętrzny adres IP nie tylko namiary trefnej strony internetowej, ale również cała historię stron odwiedzonych w danej sesji łączności z Internetem, bo chodzi przecież o całą drogę, jaką do danej strony udało się komuś trafić. Nawet jeżeli wcześniej korzystał ów ktoś z - powiedzmy - rozkładu jazdy tramwajów.

Dalej, okazało się, że nakładka owa wysyła również numer IP komputera, statyczny albo dynamiczny, na którym naciśnięto Czerwony Przycisk, tym razem w celu przesłania zwrotnego potwierdzenia odbioru i podziękowania za obywatelska postawę. Tak więc, policja ma już adres IP i historię stron odwiedzonych w danej sesji.

Na deser, okazało się jeszcze, że ma to wcale nie policja, bo ona nie chce babrać się w tym wszystkim i jest zainteresowana tylko gotowym namiarem, np. na pedofila. A żeby sam ten namiar dostać, resztę działań zleciła jakiejś firmie prywatnej, gdzie może ten i ów zechce dorobić co nieco, sprzedając to czy tamto, np. do jakiegoś tabloidu.

W firmie, w której kiedyś pracowałem, dla umożliwienia natychmiastowej łączności szefa najwyższego z szefami nieco niższymi, zainstalowano specjalne, czerwone w kolorze telefony, które ci ostatni natychmiast nazwali "królewskimi". Tzn. nieco inaczej i bardziej dosadnie, ale każdy przecież i tak się domyśli jak.