Kontrol idzie

Czasami czytelnicy zadają mi pytania, szczególnie związane z Mac OS, które stawiają mnie w dziwnym położeniu. Otóż wcale nie uważam się za osobę wszystkowiedzącą.

Czasami czytelnicy zadają mi pytania, szczególnie związane z Mac OS, które stawiają mnie w dziwnym położeniu. Otóż wcale nie uważam się za osobę wszystkowiedzącą.

Tym bardziej, że Google załatwia większość pytań od ręki. Ale widać w narodzie tkwi jeszcze przekonanie, że człowiek może więcej niż komputer. Cóż, muszę Państwa rozczarować: może gdzieś tam ktoś jest lepszy niż automaty przeszukujące zasoby internetu, ale ja nie widzę siebie w tej kategorii. Jest jeszcze drugi powód dlaczego niektóre pytania są dla mnie niewygodne. Otóż odpowiedź mogłaby być moralnie dwuznaczna. Przykład z życia: w jaki sposób obserwować, które programy i kiedy używane są przez pracowników studia komputerowego?

Powyższe pytanie wydaje się bardzo niewinne. Pracodawca zatrudnia ludzi, aby wykonali robotę. W tym celu dostarcza im odpowiednie komputery oraz oprogramowanie. Chciałby mieć jednak pewność, że zamiast oficjalnych prac w studio nie odbywa się robienie fuch. Wyobraził sobie, że na komputerach można zainstalować specjalne oprogramowanie, które będzie notowało nazwy programów oraz plików z dokładnymi godzinami ich otwarcia i zamknięcia. Pomysł sam w sobie dobry, ale od razu zwróciłem uwagę na jego pewną ułomność. O ile w studio łatwo można nakazać stosowanie ujednoliconych nazw plików, o tyle nic nie może powstrzymać nieuczciwych pracowników przed stosowaniem tych samych nazw do ukrywania lewizny. Oczywiście, długi czas pracy nad projektem, znacznie dłuższy niż typowy, może oznaczać, że pracownik chałturzy. Od czego jednak jest bezpośredni przełożony? Nie musi podglądać ekranów pracowników za pomocą zdalnego połączenia po sieci, wystarczy gdy przejdzie się po studio od czasu do czasu, zagadując pracowników, a przy okazji oglądając ich ekrany. Zresztą metoda zarządzania przez chodzenie jest bardziej ludzka niż wysyłanie e-maili oraz przeglądanie zapisów aktywności pracowników. Ludziom trzeba ufać.

Jednakże jako zarządzający grupą komputerową rozumiem dobrze pytającego. Ja też chciałabym wiedzieć, czy moi pracownicy rzeczywiście pracują, czy też oglądają pornoski na sieci, grają w gry albo po prostu nic nie robią. Uważam jednak, że umowa o pracę jest pewnego rodzaju układem. Zatrudniając kogoś daję mu kredyt zaufania i nie zamierzam kontrolować każdych pięciu minut spędzonych w pracy. Jeśli jednak widzę, że ktoś notorycznie wisi na telefonie, pisze coś namiętnie w IM albo z dużym zainteresowaniem czyta jakieś strony, to zaczynam być podejrzliwy. Zamiast jednak angażować technikę operacyjną rodem ze Służb, wolę oceniać efekty pracy. Mało ludzi pracuje przez 100% czasu, bo po prostu jest to niemożliwe. Wszyscy potrzebujemy przerw w pracy. Powiedziałbym, że podejrzany byłby dla mnie pracownik zajmujący się tylko zleconą pracą. Ostatecznie to w czasie przerw na kawę dochodzi na ogół do momentów olśnienia. Przynajmniej mogą być owe przerwy katalizatorem dobrych stosunków w grupie. Jak wiadomo, te ostatnie są podstawą dobrej atmo-sfery w pracy. Zadowolony pracownik to efektywny pracownik.

Choć technologia pozwala nam kontrolować zachowanie innych w stopniu dotychczas nieosiągalnym (GPS w komórce umożliwia lokalizację pracownika z dokładnością do kilku centymetrów), to jednak nie sądzę, aby dawała nam ona prawo moralne do takiego zachowania. Także w stosunku do własnej rodziny, dzieci oraz przyjaciół. Wolę być oszukiwany niż bawić się w Wielkiego Brata. Warto jednak wiedzieć, że są ludzie, którzy w szale kontrolowania gotowi są przekroczyć granice zdrowego rozsądku. Czy osiągną pożądane efekty - wątpię. A niech sobie próbują. Jestem ciekaw, czy studio graficzne, które chciało dokładnie kontrolować zachowanie pracowników, jeszcze istnieje. Podejrzewam, że nie.