Konkurs

Jeden z bohaterów iwaszkiewiczowskiej ''Sławy i chwały'' dość swoiście wyrażał swe zamiłowanie do muzyki: bardzo chciał ją grać, ale nie miał słuchu. Brał więc nuty i pracowicie zamieniał je na otwory w taśmie sterującej do pianoli. A potem pianola, tyleż automatycznie, co bezdusznie, odgrywała to już sama.

Jeden z bohaterów iwaszkiewiczowskiej ''Sławy i chwały'' dość swoiście wyrażał swe zamiłowanie do muzyki: bardzo chciał ją grać, ale nie miał słuchu. Brał więc nuty i pracowicie zamieniał je na otwory w taśmie sterującej do pianoli. A potem pianola, tyleż automatycznie, co bezdusznie, odgrywała to już sama.

Mnie udało się pójść o krok dalej niż temu programiście pianoli: po kilku latach lekcji fortepianu, do czego nikt mnie nie zmuszał, potrafiłem odgrywać całkiem już trudne kawałki. Napisałem jednak "odgrywać", bo to było tak, że gdy potrafiłem jeszcze wychwycić fałszywy ton w grze, to ze słuchu nie potrafiłem zagrać nawet "Wlazł kotek". Czyli, popisując się małpią zręcznością, pełniłem rolę podobną do mechanizmu wspomnianej pianoli: naciskałem klawisze według nut. No i wszystko to musiało się skończyć, jak się skończyło - rozstaniem z instrumentem i stroną wykonawczą muzyki, choć - szczęśliwie - nie rozbratem z muzyką w ogóle.

Piszę to wszystko nie bez powodu, gdyż trwa właśnie u nas, w Polsce, 15. już Konkurs Chopinowski, Konkurs, z którym łączy mnie dużo więcej, niż np. ze skrzypcowym Konkursem Wieniawskiego, który mam przecież niejako pod nosem, bo w Poznaniu.

Może jest tak dlatego, że dzięki niewątpliwej inspiracji Matki i szkolnej nauczycielki śpiewu, pamiętam już konkurs piąty, z roku 1955, wygrany przez Adama Harasiewicza. Słuchaliśmy go wtedy w domu pilnie, niemal nabożnie, przez radio. No i jak mnie wtedy złapało, tak trzyma do dziś: nie było chyba potem Konkursu, którego popisów, przynajmniej w ostatnim etapie i w finale, nie słuchałem w bezpośredniej transmisji.

Tradycja słuchania występów konkursowych przez radio stała się tak silna, że wybierałem tę drogę nawet wtedy, gdy to czy tamto transmitowała telewizja. Bo transmisjom telewizyjnym brakuje jakoś klimatu i nastroju - im jest wszystko jedno, czy pokazują koncert, czy akademię ku czci, czy też widowisko sportowe.

Tym razem jednak można mieć dylemat, gdyż jedyny polski kanał telewizyjny, jaki zdarza się, że jeszcze oglądam, czyli TVP Kultura, zamierza transmitować większość występów tegorocznego Konkursu z dźwiękiem w systemie 5.1. Tym, którzy skrzywią się w tym miejscu i powiedzą: - A co to za dźwięk przestrzenny z jednego fortepianu?, mogę poradzić tylko, by posłuchali dobrego nagrania stereo fortepianu solo, w porządnych warunkach, a potem powtórzyli to z wyłączonym stereo.

Całość tych rozważań wspominkowo-okolicznościowych mógłbym skwitować nieco płaskim i banalnym stwierdzeniem, że jakaś klawiatura, choć jakże inna od tamtej, jednak przez całe życie mi towarzyszy.

Jest jednak jeszcze inna, bardziej smakowita ciekawostka: gdy wejść na strony internetowe tegorocznego Konkursu, można tam znaleźć wszystko: regulaminy, listy uczestników, informacje dla nich i organizacje oficjalnie zajmujące się hotelami i dystrybucją biletów, bo wiadomo, że impreza tej rangi nie może być obsługiwana przez byle kogo. I tu pojawia się coś zagadkowego: gdy próbować zaznaczyć tekst strony np. z regulaminem, w jej treści, na samym końcu, pojawia się nagle, przedtem na ekranie niewidoczny, adres internetowy agencji, która z całą pewnością nie jest oficjalnym dystrybutorem biletów na Konkurs. To samo dzieje się na innej stronie Konkursu.

Przypadek to, czy "oddolna" inicjatywa twórcy strony? Otóż - zapewne ani jedno, ani drugie. Wszak głównym sponsorem Konkursu jest największy w kraju koncern petrochemiczny, a główna nagroda jest nagrodą Prezydenta RP. Więc wszystko już wiadomo, nawet zanim cokolwiek ustali się komisyjnie: Prezydent handluje tą tajną drogą miejscami w swej loży, a Konkurs z pewnością wygra Rosjanin.


TOP 200