Konferencje, konferencje, czyli ... czym zajmują się informatycy

Da capo, czyli od początku

Da capo, czyli od początku

W latach 70. i 80. życie konferencyjne kwitło, a złośliwi mówili, że było ono głównym zajęciem informatyków. Dziś konferencje wspomina się i narzeka, że ich brakuje. Rzeczywiście pracodawcy skąpią grosza, gdyż ważny jest sprzęt i oprogramowanie, a jeszcze ważniejszy wystrój firmy, który podobno jest czynnikiem decydującym o jej "imydżu". Z konferencji i sympozjów (z greckiego sympozjon, czyli orgia) pożytek jest niewielki. Niech jeżdżą na nie ci, co mają pieniądze: Amerykanie, Niemcy, Japończycy i inni Azjaci. My musimy przeznaczać czas i środki na dalsze doskonalenie gospodarki i administracji.

Dla krajowych konferencji przyszedł okres posuchy. To tylko fragment krajobrazu naszej rzeczywistości, w której wszelkie innowacje lekceważy się, a najważniejsze jest, żeby wszystko, co tylko może, wyglądało nowocześnie. To, co naprawdę nowatorskie, jest niepotrzebne i lepiej sobie tym nie zawracać głowy. I tak wyniki trafią w końcu do nas w postaci gotowych produktów. Tylko czy będziemy mieli za co je kupować?

W lutym br. w Berlinie odbył się kongres Wirtschaftsinformatik '97. Niemcy, organizując go po raz trzeci, chcą na stałe wpisać go do kalendarium światowych imprez służących wymianie myśli i doświadczeń. Bez tego nie ma innowacji, a więc nie będzie sukcesów gospodarczych. Niepokoją się tym Niemcy, potęga gospodarcza i najbardziej (po Japończykach) oszczędzająca nacja. Wiedzą, że rozwój i ich pozycja zależy od umiejętności skutecznego wykorzystania techniki informacyjnej.

Wśród ponad 600 uczestników kongresu większość stanowili przedstawiciele tzw. praktyki gospodarczej. Rozmawiałem z kilkunastoma młodymi uczestnikami, głównie z części wschodniej, i dowiedziałem się, że szefowie delegowali ich na konferencję po zapoznaniu się z jej programem. Zabrakło mi odwagi by zapytać, czy szefom nie szkoda było pieniędzy na taką akademicką konferencję. To często można usłyszeć od naszych postsocjalistycznych kierowników, którym szkoda pieniędzy na "akademickie konferencje", ale ochoczo wydają krocie na marmury, luksusowe wyposażenie i szybkie samochody. W ich mniemaniu to inwestycje, podczas gdy kształcenie jest świadczeniem. Drogo zapłacimy za naszą głupotę.

Organizatorzy zaprosili kilka gwiazd. Profesor J. F. Nunamaker (University of Arizona) przedstawił doświadczenia z badań (i zastosowań oczywiście) nad wspomaganiem pracy grupowej. W dyskusji stwierdził, że Niemcy są zapóźnieni w tej materii o lat... 15. Można zapytać, gdzie my jesteśmy, ale nikt tego nie uczyni. Prof. Nunamaker wskazał korzyści wynikające z umiejętności pracy zespołowej. Dzięki lepiej zorganizowanej pracy w projekcie B-777 z każdego zainwestowanego dolara otrzymano 6,78. Przypomnijmy, że B-777 jest pierwszym złożonym produktem, jaki powstał w wirtualnej rzeczywistości. To nie komputery stworzyły tę rzeczywistość i nie one w niej wytworzyły superprodukt. To ludzie (ich zespoły) stworzyli oprogramowanie, a inni nauczyli się skuteczniej pracować z jego wspomaganiem.

Jeszcze bardziej bulwersujący był wykład innej sławy, profesora P. Senge (Massachusetts Institut of Technology). Od niego można było dowiedzieć się, że wiedzy nie można przekazać. Czym zatem zajmują się nasze szkoły? Przekazywaniem informacji i tylko informacji. To za mało, żeby gonić świat, tym bardziej że nasza szkoła będzie - jak powiedział minister edukacji narodowej - taka, na jaką nas stać.

Nie od rzeczy będzie na koniec przypomnieć myśl A. Einsteina (niekiedy przypisywaną wodzowi rewolucji październikowej): nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria. Wyniesione z naukowego socjalizmu potoczne rozumienie teorii (mrzonki) i praktyki (nic nie da się zrobić, a jak się da, to byle jak) jest bardzo groźne dla naszej przyszłości.

Naszym postsocjalistycznym kierownikom szkoda pieniędzy na "akademickie konferencje", ale ochoczo wydają krocie na marmury, luksusowe wyposażenie i szybkie samochody. Drogo zapłacimy za naszą głupotę.


TOP 200