Komputerowa kultura

Czas najwyższy aby do autoryzacji użytkowników systemów komputerowych zaczęto powszechnie używać informacji biometrycznych. Dawałoby to lepsze zabezpieczenie zasobów, ale przede wszystkim zwalniałoby użytkowników od pamiętania loginów, haseł i pinów stosowanych przy różnych okazjach.

Lokalny Informatyk (i chyba nie tylko on) zmuszony jest pamiętać dziesiątki haseł dostępu i numerów identyfikujących. Zdecydowanie przekracza to jego możliwości pamięciowe, zatem z konieczności dysponuje utrwalonym wykazem. Ponieważ zapis w postaci jawnej nie jest zbyt bezpiecznym rozwiązaniem, wobec tego postanowił nieco utrudnić życie złoczyńcom czekającym na jego dobra. A więc na kartce ze spisem nazw kont dostępowych w miejscu haseł widnieją same gwiazdki. Jest to tzw. wersja pierwszego kontaktu ze złodziejem. Drugą listę, już lepiej schowaną i przeznaczoną ściśle do użytku osobistego sporządził nieco inaczej, bo z kluczem. Hasła są otóż zapisane tekstem, ale w ten sposób, że każda litera jest zastępowana przez następną literę z alfabetu. Podobnie z cyframi. Znaków specjalnych, dla prostoty sprawy, nie koduje. Litery duże zamieniane są na małe i vice versa (podobnie z cyframi, ale o tym cicho sza!). Oczywiście nie są to jakieś super zabezpieczenia, ale w razie przedostania się listy haseł w niepowołane ręce, zawsze jest to istotne utrudnienie. Zważywszy, że ów algorytm został przeze mnie ujawniony właśnie w tej chwili (na co Lokalny wcześniej wyraził zgodę wobec moich zapewnień, że tylko dzięki temu pomysłowi stanie się sławny), wszyscy złoczyńcy dybiący na jego tajne zasoby, czekają tylko, aż jego tajna lista wpadnie im w ręce. Przedwczesna to nadzieja, gdyż Lokalny zmodyfikował właśnie klucz na kodowanie z użyciem poprzedzającej litery alfabetu, o czym nie pozwolił mi publicznie wspominać, a co czynię jedynie z racji kronikarskiego obowiązku. Jednak pomimo stosowania tak wymyślnych zabezpieczeń nikt nie może spać beztrosko, podczas gdy licho też nie śpi.

Pewnego razu Lokalny kręcił się dosyć niespokojnie po firmie. Zagadnięty przez kolegów wyznał, że gdzieś zagubił się jego notatnik z hasłami. Poradzili, aby poszukał na guglach, bo tam można znaleźć wszystko, nawet własne hasła. Nie wiadomo czy przemawiała przez nich drwina, czy silna wiara w moc internetowego narzędzia. Niedługo potem Lokalny pojawił się w firmie w towarzystwie atrakcyjnej, kolejnej nowej narzeczonej. Koledzy z nieukrywaną zazdrością zaczęli na ten temat szeptać po kątach. W końcu ktoś odważył się i spytał, skąd Lokalny ma taką fajną laskę. Ten, zachowując stoicki spokój, rzekł: z Allegro.

Mocno zakorzeniła się wśród ludu wiara w nieskończone możliwości Internetu. Jeszcze nie tak dawno temu zastanawiano się, kiedy to komputery trafią wreszcie pod strzechy. Teraz widzimy, że to chyba strzecha weszła do Internetu, bo czasami słoma z niego wystaje.


TOP 200