Kolegokracja

Mam przeczucie, że kiedy za dwieście lat będą pisać o naszych czasach, nikt nie będzie fascynował się ani Internetem, ani mikroprocesorem, ani telefonami komórkowymi.

Mam przeczucie, że kiedy za dwieście lat będą pisać o naszych czasach, nikt nie będzie fascynował się ani Internetem, ani mikroprocesorem, ani telefonami komórkowymi.

Pamięć potomnych jest niewdzięczna i nieprzewidywalna. Być może w oczach wnuków naszych wnuków owe wynalazki, które dziś uważamy za przełomowe, będą jedynie częścią czegoś znacznie większego, czego jeszcze nie znamy – tak jak dziś wspominamy Edisona i Teslę, ale nikt nie pamięta nazwisk budowniczych pierwszej zmiennoprądowej linii przesyłowej ani wynalazców wolframowego włókna.

Stawiam jednak dolary przeciw orzechom, że jeden z wynalazków ery internetowej przetrwa zmienne koleje losu i za kilka pokoleń to na jego temat będzie pisać się hasła w jakiejś Wikipedii przyszłości. Kiedy zacząłem swoją przygodę z Internetem, zorientowałem się jak niewielu ludzi realnie go tworzy, jak bardzo są do siebie podobni i jednocześnie jak dużą dozą zaufania się darzą. Ówczesne (w przeważającej mierze akademickie) węzły internetowe, cała dystrybucja poczty, USENET, IRC – wszystko bazowało na osobistych kontaktach dosłownie kilkunastu ludzi.

Ta sama struktura społeczna pojawia się wszędzie, gdzie powstaje coś wartościowego. Kiedy czyta się o powstawaniu systemu Unix, języka programowania Java, firmach informatycznych, które zaczynały w garażu – wszędzie pojawia się grupa osób, które dobrze się dobrały, darzyły się zaufaniem i potrafiły razem pracować. Błądzili, poprawiali swoje dzieło, spierali się, szli na kompromisy – ale efekt przechodził najśmielsze oczekiwania.

Społeczność open source, zasoby informacyjne internetowych forów czy serwisów społecznościowych to ten sam model, tylko podniesiony do setnej potęgi. Algorytmy wyszukiwania Google to nic innego, jak obdarzenie bezgranicznym zaufaniem szarego internetowego twórcy, który – poprzez wskazanie odsyłaczem strony internetowej – daje drogowskaz innym.

Wielka korporacja – wynalazek XIX i XX wieku – budowana jest na wzór armii oraz fabryki. Model społeczny, który roboczo nazywam „kolegokracją”, to wynalazek całkowicie nowy i – jak dla mnie – znacznie bardziej innowacyjny niż wszystkie gadżety z targów CeBIT, Computex i Macworld’ów razem wzięte. Przedmiotem innowacji jest bowiem nie technologia, a człowiek i zbiorowość – tworzywa znacznie mniej „plastyczne” niż krzem albo język programowania.

Niestety, prawdopodobnie ani ja, ani nikt z Czytelników, ani nawet ten felieton nie doczekają dwustu lat, by przekonać się, czy kolegokracja przetrwała i co sądzą o niej wnuki naszych wnuków. A szkoda!


TOP 200