Kochajmy nasze dziury

Gdy komórki nie mają i nie ma internetu, każda nowoczesna platforma i usługa jest bez znaczenia.

Być może z perspektywy Warszawy, Londynu, Paryża czy Nowego Jorku wszystkie nowoczesne platformy do zamawiania jedzenia, do zakupów designerskich lamp i swetrów, do umawiania randek i innych na pewno niezmiernie przydatnych usług i rzeczy mają znaczenie. Być może.

Możemy zastanawiać się, czy to dobrze, że Facebook będzie mieć dwa miliardy użytkowników, albo czy to dobrze, że Instagram przegonił Snapchata, albo nie przegonił. Albo czy Tinder to współczesne siedlisko rozpusty czy pomoc w znalezieniu bratniej duszy (i ciała). Albo czy wirtualna rzeczywistość zmieni współczesny handel, czy nie zmieni, a jeśli zmieni, to czy w tej pięciolatce czy w następnej. Możemy.

To wszystko tak naprawdę nie ma znaczenia. Szczególnie gdy siedzisz w głuszy, może w Kotlinie Kłodzkiej, Bieszczadach, może na Mazurach, a może w Toskanii czy na Sycylii, a może i w środku Australii. I nie masz zasięgu mobilnego internetu, a i zwykłe komórki działają jak chcą. Albo nie działają. To jest dzisiejsza rzeczywistość. Tegoroczny autentyk: wyobraź sobie, że jedziesz parę kilometrów za naszą granicę, do, wydawałoby się, cywilizowanej Republiki Czeskiej. Tam w pięknym nowym ośrodku górskim chcesz zapłacić kartą za małe piwko i… nic z tego. I możesz albo odejść o suchym pysku – a w słońcu pić się chce – albo zasuwać 5 kilometrów dalej do następnej miejscowości u podnóża góry, bo bankomat też tylko tam. Bo tak. Bo okoliczni sklepikarze i restauratorzy nie podpisali umów z operatorem kart albo „zabrali im terminal”, albo coś jeszcze się wydarzyło, co teoretycznie jest drobiazgiem, ale jednak okazuje się, że drobiazgiem nie jest, kiedy chcesz skorzystać z prostych zdobyczy cywilizacji, takich jak zapłacenie kartą za pół litra piwa bez przygotowań w postaci przezornej wymiany walut w akurat czynnym w godzinach 10.00–16.00 oddziale banku w metropolii odległej o pół dnia autobusem. I nie jest to tylko problem naszej części świata, bo środkowa Europa i tak jest nieźle pokryta siecią elektronicznych płatności. Pojedź dalej: na południe Włoch albo Hiszpanii, Meksyku albo Wietnamu. Płatność kartą możliwa w większych ośrodkach, a w mniejszych niemożliwa od lat i nie zanosi się na rychłą zmianę. I spróbuj wtedy podłączyć się do mobilnej sieci i obejrzeć coś na YouTube.

Gdy komórki nie mają i nie ma internetu, każda nowoczesna platforma i usługa jest bez znaczenia. I nie jest to chwilowa przerwa w działaniu Facebooka, dzięki której na moment wzrasta PKB, ale stały brak łączności niepozwalający korzystać ze wszystkich multimedialnych bajerów, które wydają nam się normalne i powszechnie dostępne, a nawet potrzebne.

Mijają lata, a dziury w zasięgu komórek i internetu wciąż zieją. I pewnie kiedyś ten dostęp do usług nie będzie problemem. Wtedy będziemy wspominać ze śmiechem, jak to słabo było bez zasięgu. Zatęsknimy do cyfrowej głuszy, w której można na chwilę wyłączyć się z bieżącego wiru terminów, targetów i kejpiajów. Ludzie będą płacić, żeby spędzić jakiś czas w takiej e-dziurze: odpocząć, zdystansować się, oderwać. Oazy bez zasięgu będą kusić niepodłączeniem do światowej gonitwy za postępem. Terapeuci będą zalecać pobyty tam jak w sanatoriach, by ukoić zmęczone dusze i umysły. A lokalni mieszkańcy będą dbać, by łatanie zasięgu postępowało powoli albo wcale. Więc gdy na kolejnych wakacjach zaklniesz: „czemu tu nie można zalogować się do e-maila”, to pomyśl, że to taka ekstrawartość, za którą ktoś kiedyś będzie chciał zapłacić. I że nie wszystko musi być na gwizdek. Kochajmy nasze dziury w zasięgu.