Kochający komputer

Zatelefonował do mnie stary przyjaciel: - Słuchaj - mówi - musimy się czegoś napić. Wiem, że powodów do czynności, którą mi proponował, jest tyle, ile myśli przelatuje przez głowę człowieka, dlatego nie pytając dlaczego to mamy się czegoś napić, umówiliśmy się w miejscu, w którym czynność tę można doskonale zrealizować.

Zatelefonował do mnie stary przyjaciel: - Słuchaj - mówi - musimy się czegoś napić. Wiem, że powodów do czynności, którą mi proponował, jest tyle, ile myśli przelatuje przez głowę człowieka, dlatego nie pytając dlaczego to mamy się czegoś napić, umówiliśmy się w miejscu, w którym czynność tę można doskonale zrealizować.

Umówiliśmy się - oczywiście - tego samego dnia, bo myśli przelatujących przez głowę człowieka jest taka moc, że istnieje prawdopodobieństwo (duże), pojawienia się innej myśli, która to stać się może winowajczynią utraty tzw. okazji. W tym względzie głowa człowieka jest z całą pewnością doskonalsza od dysku twardego.

- Stary - mówi mój przyjaciel, człowiek oczytany ponad miarę, bo krytyk literacki jest z niego całkiem niezły - czytałem różne wywody różnych mądrych ludzi, jak to komputery podbijają nasze domy i fabryki... Nie chcesz chyba powiedzieć - przerwałem mu - że będziemy tu siedzieli i... rozmawiali o komputerach w fabrykach... - Nie, przecież nie jestem idiotą - uspokoił mnie - ale czy zastanawiałeś się kiedyś, jaki wpływ ma komputer na życie małżeńskie?

Nad wieloma sprawami się zastanawiałem i jeśli zastanawiałem się i nad tym problemem, to z pewnością dojść musiałem do nieuchronnego wniosku, że jeżeli wpływ takowy da się w małżeńskich relacjach zaobserwować, musi to być tzw. wpływ negatywny. Tak też, może nieco prościej, mu zakomunikowałem. A on, jakby jeszcze bardziej smutny, zaczął opowiadać historię swoich ostatnich dwóch miesięcy: historię męża, żony i komputera (z psem w tle).

Nie będę opowieści tej w szczegółach streszczał, bo i nie mam pewności, czy czegoś nie pomylę, na co wpływ miało miejsce, w którym się jak zwykle spotkaliśmy, jak i pora. Z grubsza wygląda to tak. Małżonka mego przyjaciela, kobieta mądra, co demonstruje w swoim życiu m.in. tym, że naucza młodzież w uczelni wyższej, posiadająca przy tym wiele innych umiejętności (ruskie pierogi w jej wykonaniu to prawdziwa uczta), nabyła komputer. Po czym zapisała się była na wieczorowy kurs obsługi tegoż urządzenia. W domu zaczęły się pojawiać sterty bielizny, zarówno do prania, jak i prasowania; lodówka - jak to określił mój przyjaciel: "lodówki mogłoby wcale nie być, bo była pusta jak w sklepie"; pies zmuszony został do konsumpcji, jak twierdzą ludzie, pysznej zawartości puszek, jednym słowem przyjaciel mój dostrzegł, ile obowiązków spoczywało na jego małżonce (przyznał to szczerze). - Ale stary - rzucił w pewnym momencie - to wszystko można by było wytrzymać, ale od pewnego czasu kładę się coraz później spać, czekając aż ona skończy robić te swoje tabelki pieprzone, a z reguły nie doczekuję tego momentu, budząc się rano z dźwiękiem uderzeń w klawiaturę w uszach. W tym dopiero punkcie poczułem z nim męską solidarność. Ale dziwnym zbiegiem okoliczności od tego momentu zamiast nad nim (byliśmy coraz żwawsi), zaczęliśmy użalać się nad tymi wszystkimi kobietami: żonami, cerowaczkami, kochankami, matkami, podlewaczkami kwiatów, prasowaczkami, których to wybrankowie codziennie do domu przynoszą nowe plany zmieniania świata i zamykają się w pokoju z komputerem.

Bo problem "komputer w małżeństwie", jeżeli takowy istnieje, a istnieje z całą pewnością, inaczej nie bolałaby mnie tak głowa, a więc problem ten uderza nie tylko w mężczyzn, ale przede wszystkim w kobiety. Przyjaciel w każdym razie kupił żonie w całodobowej kwiaciarni bukiet róż, a ja zastanawiałem się, co w takiej sytuacji mogłaby zrobić kobieta.

Jedno jest w tym pocieszające. Zdarza się bowiem, że małżeńskie okowy są tak ciężkie, że do dźwigania ich potrzeba dwóch, a nierzadko trzech osób. Kochanek/kochanka komputer?