Katalog z parą

Wśród spamu, który męczy mnie od kilku miesięcy, około 95% to trzy rodzaje wiadomości.

Wśród spamu, który męczy mnie od kilku miesięcy, około 95% to trzy rodzaje wiadomości.

Pierwsza część to rozmaite lekarstwa bez recepty z aptek internetowych. Spamerzy oferują mi specyfiki o nazwie [email protected] oraz V:a1ium (pewnie dlatego że nazwy viagra i valium są odsiewane przez filtry). Drugi gatunek ofert to te, które proponują mi bardzo korzystny kredyt konsolidacyjny. I wreszcie jest trzeci rodzaj: serwisy randkowe. Część z nich jest na tyle sprytnie reklamowana, że nie zachęca mnie, bym wszedł i się zarejestrował.

W e-mailach jest napisane, że ktoś zaprosił mnie na spotkanie i mam jedynie kliknąć, by spotkać moją randkę w ciemno.

Cieszy mnie fakt, że w ostatnich trzech latach środek ciężkości spamu przesunął się z pornografii i hazardu na te trzy obszary. Zbyt dobrze jednak zdaję sobie sprawę z trików marketingu internetowego, żeby wierzyć w zapewnienia o wymarzonej nieznajomej, która czeka po drugiej stronie URL-a. Kobieta moich marzeń, całkiem mi znajoma, czeka na mnie w domu i doprawdy ostatnia rzecz, jakiej chciałbym, to zmieniać ten stan rzeczy. Możemy podśmiewać się z wirtualnych swatów, ale nie możemy lekceważyć faktu, że milion młodych ludzi (!!!) w Polsce zarejestrowało się w takich społecznościach. To zjawisko, nad którym trudno przejść do porządku dziennego.

Odwiedziłem kiedyś z ciekawości jeden z serwisów randkowych. Zakładam, że każdy z nich wygląda tak samo. "Pasywna część" serwisu pozwala podać podstawowe informacje o sobie, częściowo w postaci ustrukturalizowanej (wiek, płeć, miejsce zamieszkania, zajęcie), a częściowo jako swobodny opis. "Aktywna część" to możliwość wyszukiwania innych uczestników wg zadanych kryteriów lub słów kluczowych.

Do złudzenia przypomina to katalog księgarni wysyłkowej, tylko zamiast okładek książek widzimy twarz drugiej osoby.

O ile jednak taki sposób wyszukiwania książek, czasopism lub filmów jest rozsądny, to wydaje mi się, że stosowanie podobnego podejścia w przypadku wyszukiwania kogoś do pary jest kompletnie bezsensowne. Mówiąc po informatycznemu, sposób taki bazuje na budowie pewnego modelu, a następnie sprawdzeniu, które "egzemplarze" ze świata rzeczywistego wykazują największą korelację z tym modelem. Przepraszam, jeżeli język tego opisu wyda się komuś cyniczny; nie ja go wymyśliłem, tylko autorzy serwisu, który odwiedziłem. Tylko że ta metoda to jakieś tragiczne nieporozumienie. Uczestnicy serwisów randkowych, szczególnie płci pięknej, szukają nie przygody i zabawy, a prawdziwego uczucia. Kogo chcą nim obdarzyć - drugiego człowieka czy wyimaginowany model?

Znam kilka par, które spotkały się w Internecie, pokochały, a jedna z nich nawet się pobrała. Rozmawiałem z nimi na temat "jak to się stało" i wszyscy mówili, że "zaiskrzyło" między nimi podczas rozmowy. Serwisy randkowe uczą przypasowywać modele, a oduczają rozmawiać. Znajoma trzydziestolatka, bywała na czatach, mówi, że spotkanie mężczyzny stanu wolnego, który potrafi sklecić trzy poprawne zdania i nie zrobić w nich czterech błędów ortograficznych, to nie lada wyzwanie. Jeżeli jednocześnie w ciągu pierwszych pięciu minut rozmowy nie zaproponuje kolacji ze śniadaniem, można mówić o cudzie. Jak w takim miejscu znaleźć bratnią duszę, z którą można by dzielić codzienność?

Jeżeli ktoś odniósł wrażenie, że jestem przerażony internetowymi serwisami randkowymi, to się nie myli. Takie usługi to najprostsza droga do pogłębienia największej choroby naszych czasów, jaką jest samotność. Kupujcie więc viagrę i valium, bierzcie kredyty konsolidacyjne, ale - na Boga! - serwisów randkowych unikajcie jak ognia.


TOP 200