Kartka z podróży do Aten

Żyjemy w XXI w., czasach Internetu i wyrafinowanych środków globalnej łączności, które sprawiają, że odległość ma coraz mniejsze znaczenie. Zmienia się więc sens podróżowania i coraz częściej wędrówki realne możemy zastąpić peregrynacjami wirtualnymi, a także załatwić zdalnie wiele spraw, które kiedyś wymagały osobistej wizyty w urzędzie, sklepie czy banku.

Żyjemy w XXI w., czasach Internetu i wyrafinowanych środków globalnej łączności, które sprawiają, że odległość ma coraz mniejsze znaczenie. Zmienia się więc sens podróżowania i coraz częściej wędrówki realne możemy zastąpić peregrynacjami wirtualnymi, a także załatwić zdalnie wiele spraw, które kiedyś wymagały osobistej wizyty w urzędzie, sklepie czy banku.

Astolphe Markiz de Custine musiał osobiście udać się w daleką podróż na wschód w 1839 r., by w swoich sławnych Listach z Rosji opisać wrażenia z kraju pod panowaniem cara Mikołaja I. Dziś, nie ruszając się z domu, możemy zajrzeć nawet na Marsa (http://marsrovers.jpl.nasa.gov/home/index.html ), a osoby twardo stąpające po ziemi, np. narciarze, mogą na bieżąco sprawdzić, jak wygląda sytuacja na stoku, w górach bliższych (np.http://www.szymoszkowa.com.pl/kamera/kamera.htm ) i dalszych (http://www.dolomitiwebcam.com/ ).

Oprócz wędrówki w cyberprzestrzeni, nadal mamy do dyspozycji dotychczasowe staroświeckie sposoby poznawania świata bez ruszania się z fotela - filmy, programy telewizyjne, czasopisma i książki, a także owoce, przyprawy i szlachetne wina. Właśnie w taki tradycyjny sposób wyprawiłem się ostatnio do Aten, a konkretnie Nowych Aten Benedykta Chmielowskiego (tym Czytelnikom, którzy osobiście chcą się przekonać np. o tym Koń jaki jest?, polecam adres:http://monika.univ.gda.pl/~literat/ateny ). Powodów złożyło się kilka: udział w V Forum Kultury Słowa Polak z Polakiem. Porozumiewanie się. Bariery i pomosty, wystąpienie podczas Jesiennych Spotkań PTI w Mrągowie poświęconych zarządzaniu wiedzą i wreszcie fakt, że po kilku latach kolega oddał mi ową księgę - Akademię Wszelkiey Scyencyi Pełną. Z radością po długiej przerwie wróciłem do lektury, która jak się później okazało, oprócz dostarczenia rozrywki i źródłowej wiedzy (wszak autor erygował ją - Mądrym dla Memoryału, Idiotom dla Nauki, Politykom dla Praktyki, Melancholikom dla Rozrywki), zaowocowała interesującym odkryciem.

Już od pierwszych chwil lektury, do której zabrałem się wieczorem, uderzyło mnie coś znajomego, czy to w metodzie, czy w samym języku - barokowej staropolszczyźnie gęsto przetykanej zwrotami łacińskimi. Wcześniej w ciągu dnia w pracy poczytałem sobie nieco w jakimś fachowym piśmie o "hubach stakowalnych" i "klastrach", słyszałem też kolegów, którzy zastanawiali się przy kawie, skąd można "zdownloadować shareware do webdesignu", a później planowali "czatowanie na necie". Przywołało to na myśl wracające falami - od czasów Algolu 60, a może nawet wcześniejszych - dyskusje na temat polskiego słownictwa informatycznego.

Gdyby komputery wynaleziono w Polsce, która - jak powiada autor Nowych Aten - "w Sarmacyi jako Perła kosztowna wydaje się - z Słowieńskich Narodów Naysławniejsza", to cały świat mordowałby się, jak w swoim języku wyrazić to, co my jako pionierzy już nazwaliśmy. Ale rzecz ma się zgoła inaczej i oprócz Odwrotnej Notacji Polskiej (ONP), opracowanej przez Jana Łukasiewicza, niewiele jest widocznych śladów naszego wkładu w rozwój światowej informatyki. No może poza takimi rzeczami, jak tym, że w złotych latach 70. XX w., kiedy Polska była ponoć szóstą potęgą gospodarczą świata, nasza informatyka uzyskała rangę najwyższą na świecie - przejawiło się to tym, że na czele powołanego Krajowego Biura Informatyki stanął premier Piotr Jaroszewicz!

Jesteśmy więc, przynajmniej na razie, zmuszeni do znajdowania rodzimych odpowiedników terminów głównie anglojęzycznych. Z problemem mierzyli się zarówno najtężsi luminarze słowa, jak i prości zakładowi informatycy-praktycy, a także liczne komitety i komisje. Wynikiem ich działań były mniej lub bardziej udane propozycje: świetne pomysły, jak np. "krotka" (tuple), przeplatały się z ideami dobrymi, choć kontrowersyjnymi - np. "dwumlask myszą" (double click) i ścierały z potocznie używanymi potworkami, takimi jak "kompatybilny" czy - przywołany już - "hub stakowalny".

Jednak "informatyczna ulica" i tak mówiła, mówi i zapewne mówić będzie po swojemu, jak to określił kilka lat temu Jarosław Deminet, papuzim językiem informatyki. Wszyscy wiemy, że z terminologią nie jest łatwo i że główną trudność sprawia zachowanie aktualności i kompletności słowników, przy jednoczesnym uzyskaniu ich szerokiej akceptacji wśród użytkowników.

Do czasu problem dotyczył dość wąskiego i hermetycznego środowiska informatycznego, ale od kiedy jesteśmy dość zaawansowani w drodze do tzw. społeczeństwa informacyjnego, sprawa zaczyna dotykać wszystkich - przede wszystkim użytkowników komputerów osobistych i internautów(ek). A już za chwilę, po wejściu do Unii Europejskiej, dla której w myśl Strategii Lizbońskiej, informatyka i Internet są fundamentami innowacyjnego państwa, nie będzie możliwości pozostawienia spraw swojemu naturalnemu biegowi. Stąd nie cierpiące zwłoki pytanie: co i jak robić?! Puścić wszystko na żywioł czy też w trybie wyjątkowym powołać specgremia, które wszystko uporządkują, oficjalnie zatwierdzą i ujmą w odpowiednie ustawy i zarządzenia?

Mamy przecież od niedawna ministerstwo nie tylko od nauki, ale i informatyzacji.

Kiedy mamy wokół tyle innych stresów i kłopotów, mogę Czytelników uspokoić swoim odkryciem, które było zainspirowane sięgnięciem do korzeni - do owej pierwszej polskiej encyklopedii. Autor już w XVIII w. zauważył, że "język polski, wielu podszyty językami Cudzoziemskemi".

Nie działo się to bez przyczyny - wtedy i teraz! Czyż nie przekonująco brzmi stwierdzenie, że "...Łaciny zażywają Polacy: ob defectum (z braku) słów genuine (właściwie) rzecz każdą wyrażających. Zkąd to idzie, iż gdy teraz kto co samym językiem Polskim in materia politica pisze, albo mówi, namozoli sobie głowy i często sens zaćmi". Uogólniając opinię księdza Chmielowskiego, który zauważa, że "Wszystkie też Artes liberales, zacząwszy od Grammatyki, aż do Teologii i Matematyki, Łaciną nie Polszczyzną uczącym się traduntur (są wykładane); bo by Polskiemi nieładnie i trudno były wyrażone. Zkąd piękniej i składniej mówić z Łaciny Rhetoryka, niż Krasomówstwo, Philosophia, niżeli Miłość mądrości; Physica, niż Szkoła rzeczy naturalnych; Astronomia, niż Gwiazdarska nauka".

Można zatem rzec, że lepiej dziś powiedzieć Informatyka niż "Nauka o elektronicznych maszynach cyfrowych". Co więcej, Dziekan Rohatyński i Firlejowski przekonuje, że "Nie bardzo ładnie mówić: Będzie tego roku w Stolcu Sądowym Piotrkowskim wielu cierpiących. Czyż nie składniej z łaciny: będzie w tym roku w Trybunale Piotrkowskim wielu Pacjentów. Piękniej: Generał Artillerii, niż: Starszy nad Armatą &c, &c".

Są też inne uwarunkowania historyczne, które sprawiają, że nie tylko w dziedzinie informatyki mowa Mickiewicza i Słowackiego nie wystarcza. W Nowych Atenach podkreślono, "iż Polacy była z dawna Gens ad hiorrida promptior arma (naród nazbyt skory do strasznego oręża), szable na karkach nieprzyjaciół, nie język polerując, dlatego mieli język Słowieński prosty, nie polerowny; więc dla tego niekształtu, tudziesz ob defectum (w braku) słów dobrych i należytej expressii, terminów Łacińskich i innych dla okrasy zażywać musieli w Kazaniach, Mowach, Listach, publicznych instrumentach, i niektóre słowa polonizarunt, to jest spolszczyli, na Polski dialekt i konstrukcję nakłaniając". Tak więc nie wahajmy się dzisiaj "zażywać" języka angielskiego, nie tylko w informatyce, ale i we wszystkich innych dziedzinach. Trzeba wszakże wiedzieć, by czynić to z czystym sumieniem, że "Naród Polski jako wolności inne Narody praecellit (prześciga) prerogatywą i kleynotem, tak nie tylko w rządach i w mowie, ale też w słów zażywaniu Cudzoziemskich non adstringitur (nie jest skrępowany) niewolą, jak Moskiewska Nacja; jedyną tylko ma regułę i hamulec Polak od Ducha Świętego: Tempus tacendi & tempus loąuend (czas milczenia i czas mówienia)".

Wysyłam więc tę pocztówkę z "Aten" ku pokrzepieniu serc, nie kryjąc też zachęty do podjęcia przez Czytelników próby zmierzenia się z oporem, ponoć niepolerownej, materii.

Marek Średniawa jest adiunktem w Instytucie Telekomunikacji na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Kieruje Studium Podyplomowym Telekomunikacji, Informatyki i Zarządzania CITCOM-PW i wykłada w Ośrodku Zagadnień Społeczeństwa Informacyjnego i Szkole Businessu PW. Działa również jako niezależny ekspert, prowadząc firmę doradczą Średniawa Consulting.


TOP 200