Kacza zupa

Skrada się ptasia grypa. Jest już u progu, a może nawet go przekroczyła, tyle że na razie o tym nie wiemy. Jak powiedział minister zdrowia, jesteśmy przygotowani, gdyż służba zdrowia w razie czego będzie mogła stanowczo i jednoznacznie orzec: tak, to jest ptasia grypa. Widać więc wyraźnie, że z ptactwem trzeba ostrożnie, bo można nieszczęść sobie przysposobić.

Skrada się ptasia grypa. Jest już u progu, a może nawet go przekroczyła, tyle że na razie o tym nie wiemy. Jak powiedział minister zdrowia, jesteśmy przygotowani, gdyż służba zdrowia w razie czego będzie mogła stanowczo i jednoznacznie orzec: tak, to jest ptasia grypa. Widać więc wyraźnie, że z ptactwem trzeba ostrożnie, bo można nieszczęść sobie przysposobić.

Ostatnie pozytywne i chyba jedyne wesołe wrażenia związane z ptakami miałem przy okazji oglądania filmu "Kacza zupa" z udziałem braci Marx. Ale kiedy to było! Ani przedtem, ani potem - muszę wyznać - nie układało mi się z tym gatunkiem fauny najlepiej. A konflikty zaczęły się już we wczesnych latach dziecięcych.

Pierwszy negatywny akcent pojawił się, gdy jako trzylatek spacerowałem w jednym z poznańskich parków śródmiejskich, kiedy to rozeźlone łabędzie rzuciły się na ludzi obserwujących ich rodzinne życie w stawie. Publika musiała salwować się raptowną ucieczką. Niewiele lat później podczas mojego wakacyjnego pobytu na sielskiej wsi rzucił się na mnie okazały kogut, dziobiąc mnie i drapiąc dosyć dotkliwie tylko dlatego, że miałem czelność zakrzyknąć "sio" do jego kur. Późniejsze zdarzenia to już raczej nie bezpośrednie potyczki, a jakby echo - duch tych wcześniejszych. Tak więc w szkole podstawowej napisałem z biologii obszerne opracowanie na temat kiwi nielota i kazuara hełmiastego. Nie żebym się wyrywał z tematem, ale po prostu taki przypadł mi w udziale. Opracowanie zostało ogólnie przyjęte bardzo pozytywnie, z wyjątkiem błędu ortograficznego, jaki według pani został popełniony w słowie "hełmiasty", co jej zdaniem miało być pisane przez "ch". Wyniknął z tego pewien konflikt pomiędzy moimi rodzicami a ciałem pedagogicznym i jego kierownictwem. Następnie, podobnie jak wielu innych ludzi, byłem straszony "Ptakami" Hitchcocka, w tych czasach krew mrożącym filmem. Prawdopodobnie to wszystko zadecydowało o tym, że nie przepadam za ptakami, co jednak nie oznacza, że wyrządzam im jakąś krzywdę. Jestem od tego daleki, a wręcz nawet unikam potraw z drobiu. Także ze względu na marne walory smakowe. Wyjątek stanowi kaczka, serwowana u mnie w domu z okazji głównych świąt religijnych. Niemniej dwie kaczki na rok to aż nadto. Indyków u mnie jakoś się nie spożywa, zwłaszcza że nie ma u nas (na razie) obyczaju dziękczynienia. Tak więc nie mszczę się na ptakach i nie czynię z drobiu nielotów na talerzu. W sumie preferuję kuchnię jarską, chociaż nie zawsze tak miałem, bo w latach młodości kształtowałem swe paskudne instynkty kulinarne, spożywając kaczą krew pod postacią czerniny, czarną polewką zwaną.

Wziąwszy pod uwagę opisane tu fakty, nietrudno zrozumieć dlaczego również do pingwinów (wszak sympatycznych i nieszkodliwych nielotów) odnoszę się z pewną rezerwą. I może to wyglądać na szukanie usprawiedliwienia na siłę, ale nie używam Linuksa, gdyż jakoś nie zdobył mojej sympatii. Być może też z podobnych powodów omijałem dawniej serie wydawnicze "nie tylko dla orłów". Na wspominanie niezbyt udanych epizodów życiowych z udziałem ludzi o ptasich nazwiskach miejsca tu już nie staje.

A co najciekawsze, ową ptasią analizę wyzwoliła dzisiejsza wizyta moich znajomych. Odwiedzili mnie, aby zasięgnąć porady w sprawie zakupu swego pierwszego komputera. Noszą nazwisko Kura. Mam dylemat, jaki system operacyjny im doradzić.


TOP 200