Jeszcze o konferencjach (ale inaczej)

Jeszcze kilka lat temu był jakiś ustalony porządek: doroczna konferencja PTI w Szczyrku oznaczała zamknięcie sezonu konferencyjnego, który ponownie zaczynał się gdzieś na przełomie września i października. Bywały wyjątki, ale rzadkie.

Jeszcze kilka lat temu był jakiś ustalony porządek: doroczna konferencja PTI w Szczyrku oznaczała zamknięcie sezonu konferencyjnego, który ponownie zaczynał się gdzieś na przełomie września i października. Bywały wyjątki, ale rzadkie.

Tak to się potem toczyło do początków grudnia, kiedy miejsce konferencji zajmowały imprezy gwiazdkowo-noworoczne dla klientów. Karuzela seminaryjno-konferencyjna ruszała ponownie po Nowym Roku, tu i ówdzie przeplatana imprezami karnawałowymi. I tak do kolejnego Szczyrku...

Pośród wszystkich tych imprez były takie, które miały niemal stałe miejsce w kalendarzu, które wszyscy inni starannie omijali, bo wiedzieli, że jeżeli zrobią coś w tym czasie, z liczących się gości mało kto im przyjedzie. Takie znaczenie miał i zachował Szczyrk, podobną rangę miało i jesienne Mrągowo.

O Mrągowie (gdzie nigdy nie byłem) złośliwcy powiadali, że by tam jechać, trzeba mieć zdrową wątrobę, bo cóż można robić w długie, listopadowe wieczory, gdy wokoło ciemno, zimno i woda. Jeżeli jednak nawet tak bywało, to materiały z mrągowskich spotkań i zapiski z tamtejszych dyskusji, do których co i raz zdarza mi się sięgać, zdają się potwierdzać tezę, że pewne płyny, konsumowane w miarę, nie szkodzą nawet w większych ilościach.

Od kiedy jednak Mrągowo przeniosło się do Wisły i to w terminie zdecydowanie wkraczającym w okres przedgwiazdkowy, będzie musiało sporo się porozpychać w kalendarzu, zanim znów (o ile w ogóle) jego termin stanie się tabu dla innych.

Wspomniany ustalony porządek jest jednak od pewnego czasu kontestowany i naruszany: w ubiegłym roku konferencyjne dogrywki trwały do początków lipca, a pierwsze powakacyjne terminy, na które zaproszenia wysłano jeszcze w czerwcu, trafiały już w drugą połowę sierpnia.

W tym roku zdaje się, że poszliśmy jeszcze dalej: już w czerwcu można było rejestrować się na terminy październikowe, a liczba imprez w lipcu i sierpniu, pośród których są nawet dwudniowe, jest naprawdę imponująca. Nie wiązałbym tego jednak ze stwarzaniem możliwości quasi-wypoczynku, bo co to niby za atrakcja dwa letnie dni w Warszawie?

Nie mam nic przeciwko konferencjom czy seminariom odpłatnym, ale z daleka omijam takie, gdzie sama impreza jest bezpłatna, ale organizatorzy przy rejestracji oświadczają, że w przypadku zbyt późnego odwołania udziału bądź zwykłego nieprzybycia bez odwołania, wystawią fakturę na jakąś niewielką kwotę. Większość tego jednak nie robi i potrafi jakoś oszacować ilu ze zgłoszonych przybędzie, a na niejednej interesującej konferencji uczestnikom nie przeszkadza i to, że przez czas jakiś stoją pod ścianami.

Pojawił się ostatnio i przypadek zupełnie kuriozalny: konferencja jest, co prawda, bezpłatna, ale uczestnicy, jeżeli po konferencji chcą jeszcze coś zjeść, muszą zapłacić za obiad i to niemało, bo równowartość niemal 4 diet, za co organizatorzy wystawią jednak fakturę do przedstawienia księgowym w firmie.

Podobno są tacy, którzy żywią się, i to nieźle, na konferencjach w hotelach w centrum Warszawy. Wystarczy założyć krawat i garnitur i pojawić się, czego sam zresztą doświadczyłem i dowiodłem. Było otóż tak, że kilka razy, tydzień po tygodniu, jeździłem do Warszawy na konferencje i seminaria w hotelu Marriott. Pojechałem na kolejną, przy recepcji była spora kolejka, więc najpierw wypiłem kawę, zjadłem ciastko albo dwa, potem jeszcze jakiś sok... Podchodzę w końcu do recepcji - a tu napis w rodzaju "Konferencja plantatorów rzepaku ozimego", albo coś w tym rodzaju.

Okazało się, że tym razem moja konferencja była w Holidayu i z Dworca Centralnego należało pójść w lewo, a nie z przyzwyczajenia w prawo...


TOP 200