Jeszcze nie żegnam

Usłyszawszy, że język moich felietonów budzi protesty nawet w samej redakcji, pomyślałem, że nie trzeba jej sprawiać kłopotów. Ja się nie zmienię, CW też nie, napiszę więc tekst pożegnalny, żeby zarówno Kolegom w redakcji, jak Czytelnikom, coś jeszcze na koniec wytłumaczyć. Ale wyszło, że chcą mnie tu nadal cierpieć. Stąd i ten felieton pisany tak, jakby był pożegnaniem.

Usłyszawszy, że język moich felietonów budzi protesty nawet w samej redakcji, pomyślałem, że nie trzeba jej sprawiać kłopotów. Ja się nie zmienię, CW też nie, napiszę więc tekst pożegnalny, żeby zarówno Kolegom w redakcji, jak Czytelnikom, coś jeszcze na koniec wytłumaczyć. Ale wyszło, że chcą mnie tu nadal cierpieć. Stąd i ten felieton pisany tak, jakby był pożegnaniem.

Cóż, uchodziłem i zapewne uchodzę nadal za programowego konstruktywistę. Jestem nim. Przez całe lata próbowałem za minionego reżimu, kiedy jeszcze cokolwiek robić pozwalał, popychać naprzód to, co popchnąć się dało. Przeżyłem niemało przygód. Kiedy próbowano ubrać Polskę w licencję (!) na przedpotopowe już, ericssonowskie centrale krzyżowe, spiskowaliśmy z obecnym, dla przykładu, ministrem łączności na rzecz elektronicznych central telefonicznych. Cenzor, zaprzyjaźniony z "Życiem i Nowoczesnością" (był taki dodatek do "Życia Warszawy", rozpędzony po trzech latach w 1973 roku) uprzedził nas o szykującym się zapisie na temat centrali telefonicznych i zdążyliśmy podać uczciwe informacje o światowych tendencjach w telefonii, zanim Biuro Polityczne podjęło decyzję (tak, decydowało o takich sprawach Biuro Polityczne; szczęśliwie, przez pewien czas paru jego członków czytywało "Życie i Nowoczesność").

Pochlebiam sobie, że zanim nas rozpędzono, podobnymi akcjami uchroniliśmy kraj przed stratami na parę miliardów dolarów. Udało się nam zaszczepić miłość do komputerów, odrodzenie gospodarki stawowej, produkcję tekstyliów dla niemowląt (pod hasłem "Niemowlę też człowiek"), ruch na rzecz małej retencji i zrozumienie dla energetyki wiatrowej - żeby wymienić, znów przykładowo, różne sfery naszej aktywności, dziś aż czasem zabawne w swym anachronizmie, to znów - ciągle aktualne...

Po roku 1973 nie mogliśmy już nic. Między październikiem 1980 a grudniem 1981 r. próbowałem, już sam, bo mi nawet nie dano ściągnąć dawnych kolegów, wrócić do tych pasji. Aż stało się tak, że mogłem zajmować się tylko działalnością antypaństwową. Ale nawet wtedy wzywałem - co numer swojej "Gazety Dźwiękowej", redagowanej w jednym egzemplarzu, a powielanej w tysiące przez anonimowych właścicieli magnetofonów kasetowych - do przygotowania się na wypadek możliwości konstruktywnych działań, kiedy już będzie można.

Prawda, nigdy nie byłem zbyt układny. Ale nawet przeciwnicy jakoś tam przyzwyczaili się do mnie...

I to nie jest czas na układność. Żyjemy w czasach wielkiej rewolucji, a zachowujemy się wciąż jak za minionego reżimu z jego bezkarnością biurokracji i politycznych macherów. Postęp ciągle musi przybierać cwaniackie maski, niezbędne w grach przeszłości - podczas gdy trzeba tu akurat buntu, rozmachu i fantazji. A w każdym razie temu służyć powinny gazety.

Moim idolem, jak pisałem, pozostaje zawsze Królowa z "Alicji w krainie czarów", która jeszcze przed śniadaniem potrafiła uwierzyć w sześć rzeczy zupełnie niemożliwych. To się sprawdza. Sam w końcu doczekałem paru takich rzeczy, poczynając od demokracji, a kończąc na niepodległości. I chociaż do władzy nasza demokracja dopuściła serdecznych, jak się okazało, przyjaciół sowieckich agentów, te Niemożliwości już się raczej nie odstaną.

Tak, nie czas na układność. To gazeta powinna iść tropem lekkomyślnych, bombastycznych zakupów na koszt podatnika, wyjaśnić, kto i za ile kupował komputery stojące dziś na szafach w urzędach skarbowych, czy też jak popłynęły miliony dolarów z naszych kieszeni na inne podobne zabawki. Bo niby kto ma to zrobić?

Marzyłem, by Czytelnicy CW zorganizowali się w internetową rodzinę CW, żeby CW zorganizował fachowców od zastosowań w gildię zdolną oceniać klasę profesjonalną kolegów, żeby stanął na czele buntu przeciw biurokratycznemu monopolowi TP S.A., żeby informował też, co się na świecie pisze o branży poza prasą komputerową. No i żeby jego Czytelnicy na bieżąco się z redakcją przez Internet kontaktowali, zgłaszając uwagi i pomysły, popierając i krytykując autorów pisma.

Czego i nadal CW życzę. Miałem poczekać poza jego łamami, aż będziecie znowu młodzi. Teraz będę czekał na łamach.