Jeszcze jeden wymiar przestrzeni

Największą przeszkodą w uruchomieniu pierwszej, brytyjskiej stacji radiowej nadającej regularny program (stacja 2MT, rok 1922) były władze wojskowe. Bo wojsko, gdy tylko zorientowało się, co potrafi radio, zawłaszczyło dla siebie całą tę technikę, a wraz z nią wszelkie częstotliwości nadawania.

Największą przeszkodą w uruchomieniu pierwszej, brytyjskiej stacji radiowej nadającej regularny program (stacja 2MT, rok 1922) były władze wojskowe. Bo wojsko, gdy tylko zorientowało się, co potrafi radio, zawłaszczyło dla siebie całą tę technikę, a wraz z nią wszelkie częstotliwości nadawania.

Pozycji tej nie dało się długo obronić i w latach 20-tych, w Europie i na świecie, nadawanie rozpoczęły liczne stacje, które, nawet przy stosunkowo niedużej mocy, docierały ze swym sygnałem bardzo daleko.

Zrozumiałe jest, że i tej właściwości nie mogło nie zauważyć wojsko, które w latach II wojny i bezpośrednio przed nią organizowało jednostki specjalizujące się w radiowej propagandzie własnych sukcesów (odpowiednio wyolbrzymionych lub zmyślonych) oraz klęsk wroga (przedstawianych z jeszcze większą przesadą). Efektem miało być podnoszenie morale jednych społeczeństw i tworzenie poczucia beznadziejności u innych. O tym, jak ważne było to narzędzie propagandy, świadczy chociażby zakaz (pod karą śmierci) posiadania odbiorników radiowych przez Polaków na terytoriach zajętych w czasie wojny przez Niemców.

Wypada dodać, że ważną częścią takich działań była też umiejętność zagłuszania propagandy uznawanej za wrogą. Sami to zresztą ćwiczyliśmy w latach zimnej wojny, a zapewne i teraz znaleźliby się u nas zwolennicy wycięcia w ten sposób tego czy tamtego z eteru.

Armia USA na przykład, odcięła ostatnio dostęp swych żołnierzy w Iraku do kilkunastu serwisów internetowych, a wśród nich MySpace i YouTube. W wersji oficjalnej jedyną i wyłączna przyczyną tego kroku było przeciążenie sieci. Świeży przykład Białorusi, z kolei pokazuje, jak łatwo jest przywracać reglamentację dostępu do telewizji satelitarnej.

Naiwne byłoby też myślenie, że odpowiednie służby różnych państw ignorują możliwości, jakie daje teraz internet. Pierwszym tego przykładem były, pod wieloma względami udane, sieciowe ataki jugosłowiańskie na obiekty w USA po rozpoczęciu bombardowania Jugosławii w roku 1999.

No, a teraz mamy konflikt estońsko-rosyjski, w którym ta akurat sfera stała się obszarem intensywnych działań i przeciwdziałań. Przedmiotem ataków, głównie typu "denial of service", stały się estońskie obiekty rządowe, komercyjne (w tym i banki) oraz środki przekazu. Do Estonii zjechali specjaliści z NATO, bo rzadka to przecież okazja do nauczenia się czegoś o wojnach tego rodzaju w praktyce.

W Estonii twierdzą, że niektóre ścieżki ataków prowadzą do adresów IP najwyższych władz Rosji, co wydaje się dość naiwne, gdyż wynikałoby z tego, że Rosjanie są tak kiepscy, że nie potrafią skutecznie zamaskować źródła pochodzenia ataku i w każdym atakującym pakiecie ślą własną wizytówkę.

W kolejnej fali tych ataków posłużono się - jak się ocenia - ponad milionem komputerów z całego świata, które, bez wiedzy ich użytkowników, pełniły funkcje napastników.


TOP 200