Jeszcze 108 dni

Przed tygodniem pisałem o niedostatecznym - jak sądzę - przygotowaniu do roku 2000. Uległem 'histerii, jaką rozpętali wśród niektórych informatyków i menedżerów producenci sprzętu i oprogramowania w celu zwiększenia zysków'.

Przed tygodniem pisałem o niedostatecznym - jak sądzę - przygotowaniu do roku 2000. Uległem 'histerii, jaką rozpętali wśród niektórych informatyków i menedżerów producenci sprzętu i oprogramowania w celu zwiększenia zysków'.

To jest opinia informatyka. Ma prawo tak myśleć, sam przez lata pracował profesjonalnie i starannie. Powinien wszelako mieć nieco więcej wyobraźni i krytycyzmu wobec pracy współpracowników, a też i własnej. Niech sobie przypomni, jak ustępował klientowi, który musiał mieć produkt już, a poprawki zrobi się, gdy tylko trochę się uspokoi.

Niektóre programy robiliśmy posługując się narzędziami, które wymuszały błędy, jakie ujawnią się na przełomie tysiącleci.

Nie łudźmy się. Korzystając z aplikacji stworzonych bez uwzględnienia skutków i nieodpowiednich narzędzi, musimy liczyć się z mniej lub bardziej poważnymi zakłóceniami. Koniecznie trzeba przynajmniej spróbować przewidzieć skutki. Jeśli uczynili to bardziej zaawansowani w wykorzystaniu techniki informacyjnej, widocznie ma to sens. Jeśli problemem zajmowali się przywódcy 7 najbogatszych państw świata podczas wiosennej konferencji, lekceważenie problemu świadczy o niekompetencji i braku wyobraźni. Jeśli rząd i premier temu problemowi poświęca specjalne posiedzenie, to z pewnością jest to zagadnienie istotnej wagi. Premier Tony Blair korzysta przy tym z ekspertyz specjalistów z British Computing Society, a nie przedstawicieli lobby komputerowego. Bierzmy zatem przykład z Wielkiej Brytanii.

Od kilku lat trwają tam przygotowania do roku 2000. Dzięki kampanii informacyjnej (10 mln funtów) świadomość zagrożeń jest bardzo duża. Władze od dwóch lat koordynują przygotowania w skali kraju, przy czym nadzór merytoryczny zleciły British Computing Society. Rząd brytyjski wyasygnował na przygotowania i szkolenie ponad miliard funtów. Czy to przesada? Nie sądzę. Skutki ewentualnych zakłóceń działania programów sterujących np. elektrownią atomową, układem komunikacyjnym, szpitalem czy wielkim bankiem są nie do oszacowania. Firmy ubezpieczeniowe spodziewają się pozwów na ogólną sumę 1 biliona (1012) funtów.

Banki wydają na przygotowania do roku 2000 najwięcej. Abbey National np. wydał ok. 100 mln funtów, a dwukrotnie większy Royal Bank of Scotland "tylko" 30. National-Westminster Bank i Barclays wydawały na wirusa Y2K w ostatnich latach ok. 11% rocznego zysku. Potencjalni akcjonariusze uznają to za zbytnią oszczędność i popyt na akcje tych banków znacznie się obniżył. W innych dziedzinach gospodarki ocenia się, że potrzeby są znacznie mniejsze. Crédit Lyonnais szacuje, że np. w handlu artykułami spożywczymi potrzeba nakładów na poziomie 1% rocznych zysków.

W innych krajach stan świadomości i przygotowania jest zróżnicowany. W USA panuje optymizm (jak zwykle). Merrill Lynch na podstawie zebranych danych twierdzi, że nakłady na przygotowania rosną, są wyższe niż przed rokiem i będą miały poważny wpływ na dochody korporacji. Wielu obserwatorów uważa, że skala zastosowań, różnorodność interface'ów i złożoność sieci zwiększa zagrożenia. Inni twierdzą, że jest to pewne zabezpieczenie przed totalną katastrofą. W Azji zbadano 460 firm, z których 72% jest przygotowanych do roku 2000. W Chinach i Indonezji jest to mniej niż 50%, a w Indiach 97%.

Czy ktoś wie, jak jest u nas? Czy firmy ubezpieczające sprzęt, bazy danych i aplikacje wiedzą, co je czeka? Czy banki mogą zapewnić bezpieczeństwo depozytów?