Jesień

Ze wszystkich pór roku to zima przychodzi nagle. Po prostu pewnego poranka pojawia się śnieg i - zawsze czuję się tym zaskoczony - nagle jest zima. Wiosna, lato i jesień nadchodzą powoli, stopniowo - ot, któregoś dnia orientujemy się, że od jakiegoś czasu już są. Zwykle nadejście jesieni widzę najpierw po liściach, potem po długości dnia, aż w końcu kiedyś rzeczywistość na dobre zasnuwa się mgłą i deszczem i wtedy wreszcie rozumiem, że lato skończone.

Ze wszystkich pór roku to zima przychodzi nagle. Po prostu pewnego poranka pojawia się śnieg i - zawsze czuję się tym zaskoczony - nagle jest zima. Wiosna, lato i jesień nadchodzą powoli, stopniowo - ot, któregoś dnia orientujemy się, że od jakiegoś czasu już są. Zwykle nadejście jesieni widzę najpierw po liściach, potem po długości dnia, aż w końcu kiedyś rzeczywistość na dobre zasnuwa się mgłą i deszczem i wtedy wreszcie rozumiem, że lato skończone.

W tym roku jednak było inaczej. Jesień przyszła do mnie nagle i zaskoczyła mnie całkiem. W okolicach Grazu w południowej Austrii niebo zasnuło się wielką, czarną chmurą, z której spadł obfity deszcz. I od razu jesień dostarczyła całą gamę jesiennych pejzaży - szare, ołowiane chmury, wiatr, kolorowe liście zdmuchiwane z drzew oraz sznur czerwonych świateł na drodze i ciągły szum wycieraczek na przedniej szybie.

Jesień przygnębia mnie zawsze, przygnębiła i tym razem, nawet mocniej, bo jeszcze dzień wcześniej wygrzewałem się na gorącej plaży nad Morzem Jońskim. Przygnębiła też dlatego że nagły chłód i deszcz zwarzyły humor towarzyszom moich wakacji i w milczeniu przemierzaliśmy szare kilometry, z żalem wspominając ciepłe morze, gorącą plażę i aromatyczne, poranne capuccino.

Myślę, że moje jesienne przygnębienie ma też źródło w dawnych latach, kiedy chodziłem do szkoły. Nie lubiłem tej instytucji, nie lubiłem jej nigdy i chyba wiem, dlaczego tak było. Należę do osób, które lubią robić to, co je ciekawi, a nienawidzą robić rzeczy nudnych. Na świadectwach miałem więc głównie piątki i tróje, a prawie żadnych czwórek - to, co lubiłem, umiałem, a to, czego nie lubiłem, odpuszczałem. Sztubacki spryt i świadomość, że nie mogę sobie pozwolić na zbyt wiele, sprawiały, iż utrzymywałem się na średnim, klasowym poziomie, ale tam, gdzie przedmiot mnie nie ciekawił, nie sposób było mnie zmusić do zwiększonego wysiłku i basta.

Moje dziecko ma taki sam charakter i zastanawiam się, czy zdąży mieć z tego powodu problemy. Widzę bowiem, że niedługo może zmienić się model nauczania, a stanie się tak między innymi za sprawą komputerów. Po pierwsze, informatyka pozwala te same treści przekazać znacznie ciekawiej niż robi to nauczanie tradycyjne. Od czasu do czasu wpada mi w ręce jakiś CD-ROM pod tytułem np. Biologia dla klas młodszych i ze zdumieniem spostrzegam, że to, co w swoim czasie uważałem za flaki z olejem, jest całkiem interesujące. Ba, jest momentami tak fascynujące, że żal się oderwać. A przecież oprócz biologii jest jeszcze fizyka, polski, geografia, historia, chemia... Gdyby chcieć to wszystko obejrzeć, nie byłoby czasu na grę w piłkę i jazdę na rowerze, a przecież to cenne doświadczenia wieku szkolnego, których komputer nie zastąpi.

Informatyka pozwala też zindywidualizować nauczanie. To, co kiedyś było przywilejem dzieci zamożnych rodziców, których stać było na prywatnych nauczycieli, już niedługo może stać się standardem. Prostych, oczywistych rzeczy nauczy komputer, a odciążeni nauczyciele będą mogli swój czas i uwagę poświęcić pogłębianiu z dziećmi wiedzy w dziedzinach, które te najbardziej lubią, i w kierunku, w których wykazują największe zdolności.

Marzenia? Nie, jestem przekonany, że nauczyciele chcieliby tego samego. Rozumieją, że komputer to nie tylko zabawka i zagrożenie dziecięcej wyobraźni. Znam takich, którzy już dziś, pomimo wszelkich przeciwności, wykorzystują informatykę, żeby uczyć lepiej i ciekawiej. Chciałbym, żeby było ich coraz więcej, a stara szkoła - szara i smutna jak ta jesień, która przywitała mnie w drodze z wakacji - powoli odchodziła w przeszłość.


TOP 200