Jednorazy, czyli rocznica

Być może niektórzy Czytelnicy pamiętają, że wyżej podpisany zawsze miewał kłopoty ze sprzętem. Wystarczy wspomnieć perypetie z zasilaczem i wyłącznikiem w Macintoshu G4 oraz z dyskiem Compaqa (felieton Czarne nieszczęście, czyli Jonasz) albo też dawniejsze i bardzo dotkliwe próby zakupu nowego, działającego komputera (felieton Orgia w pudełkach). Ale od jesieni ub.r. jakoś wszystko toczyło się normalnie, działało i ogólnie było klawo. Wiem, wiem, że powinienem był dmuchać na zimne, odpukiwać w nie malowane, a być może dać nawet na wypominki.

Być może niektórzy Czytelnicy pamiętają, że wyżej podpisany zawsze miewał kłopoty ze sprzętem. Wystarczy wspomnieć perypetie z zasilaczem i wyłącznikiem w Macintoshu G4 oraz z dyskiem Compaqa (felieton Czarne nieszczęście, czyli Jonasz) albo też dawniejsze i bardzo dotkliwe próby zakupu nowego, działającego komputera (felieton Orgia w pudełkach). Ale od jesieni ub.r. jakoś wszystko toczyło się normalnie, działało i ogólnie było klawo. Wiem, wiem, że powinienem był dmuchać na zimne, odpukiwać w nie malowane, a być może dać nawet na wypominki.

Tylko człowiekowi tak jakoś trudno jest myśleć o przykrościach, gdy nic nie zwiastuje kłopotów. A powinno, bo na komputery udziela się rocznej gwarancji i ten okres powinien dawać do myślenia. Doświadczenia producentów samochodów wskazują, że przedłużone gwarancje wprowadza się, gdy już niczym innym nie można konkurować. Tak np. robią firmy koreańskie w USA, oferując gwarancję pięcioletnią, przedłużaną nawet do lat dziesięciu. Tymczasem w komputerach postęp mierzy się w miesiącach, poważni użytkownicy stare modele wymieniają najpóźniej po trzech latach, więc i gwarancja jest krótka, a nikt nie chce jej specjalnie przedłużać, chyba że za dodatkową opłatą.

Zawsze wydawało mi się, że kupowanie dodatkowego ubezpieczenia jest bez sensu, bo przecież komputery nie psują się. No i przyszło mi drogo zapłacić za te złudzenia. Najpierw padło domowe ognisko (felieton Sieciowe ognisko), czyli apple'owska stacja bazowa łączności bezprzewodowej AirPort. Oczywiście wtedy, gdy sprawdzanie poczty było niezbędne (żona szukała pracy). Niewiele myśląc, poszedłem do sklepu i kupiłem nową stację, bo sprawdzenie paragonu wykazało, że zepsuta została nabyta 13. miesięcy wcześniej. Przykre, ale jeszcze nie zrozumiałem, że to być może jest jakiś trend.

Dopiero po drugim przypadku dotarło do mnie, że coś może być na rzeczy. Tym razem wspomniany powyżej Compaq odmówił włączania dowolnego programu. Udało mi się tylko zrzucić dokumenty na serwer, a potem to już była tragedia. Ani wymiana dysku, ani napędu CD nie pozwoliły zainstalować systemu. Grzebałem też w pamięciach, ale dłuższe testy wykazały, że coś się stało z płytą główną. Kiedy - oczywiście tydzień i rok od zakupu! Wymiana płyty w tanich komputerach kosztuje obecnie prawie tyle, ile nowy, tym bardziej jeśli uwzględni się cenę elementów odzyskanych z wraku. Zmieniłem więc tylko dostawcę, podobnie jak to - zdaje się - zrobiło wielu innych użytkowników, i kupiłem Della. Zobaczymy, co się stanie za rok...

Tymczasem zepsuty AirPort nie dawał mi spokoju. W sieci znalazłem opis perypetii wielu podobnie jak ja doświadczonych. Wygląda na to, że firma Apple wstawiła gorsze kondensatory wiedząc, że spalą się z powodu podwyższonej temperatury. Po roku. Na szczęście, dobrzy ludzie, a w tym przypadku sąsiad z miasteczka, znaleźli rozwiązanie. Otóż, za niewielkie pieniądze można kupić odpowiednie kondensatory i, mając pewną wprawę, wlutować je. Mam dwie lewe ręce (felieton Lew(oręczn)y byznes, czyli kujonem być), poprosiłem więc znajomych elektroników, aby wykonali procedurę wymiany (patrz opishttp://www.vonwentzel.net/ABS/Repair.html ). To stacja zapasowa - jak mi za rok padnie ta druga!

Nie wiem, czy lubię komputery jednoroczne - chyba to za duży stres. Ale może się przyzwyczaję. Trzeba tylko pamiętać, kiedy dokładnie mija 12 miesięcy. A żona pracę znalazła. Dzięki działającej sieci.


TOP 200