Jeden stopień swobody

Mam pewną teorię na temat środowiska informatyków, którą roboczo nazwę prawem jednego stopnia swobody. Twierdzę otóż, że w tzw. branży informatycznej każdy dla każdego jest, był lub będzie kolegą z pracy, szefem, podwładnym, klientem albo dostawcą.

Mam pewną teorię na temat środowiska informatyków, którą roboczo nazwę prawem jednego stopnia swobody. Twierdzę otóż, że w tzw. branży informatycznej każdy dla każdego jest, był lub będzie kolegą z pracy, szefem, podwładnym, klientem albo dostawcą.

Profesjonalnych informatyków nie ma tak znowu wielu. W skali całego kraju jest to najwyżej kilkanaście tysięcy osób. Na dodatek w tym gronie istnieje wąska specjalizacja i rysuje się kilka wyraźnych środowisk: szefowie projektów, analitycy i projektanci, inżynierowie systemów (developerzy), administratorzy, sieciowcy, sprzętowcy, konsultanci od konkretnych systemów i technologii, no i może jeszcze parę. Generalnie można bezpiecznie założyć, że w danym środowisku każdy zna każdego; jeśli nie osobiście, to mają masę wspólnych znajomych, kończyli te same uczelnie albo przynajmniej piszą na tę samą listę dyskusyjną.

Myślę, że wielu ludzi ma tego świadomość. Wyrazem tego jest np. stwierdzenie zawarte w artykule Do czego służą konferencje Sławomira Kosielińskiego (CW 43/2004), że przerwy w konferencjach i seminariach nazywane są networking breaks. Co tu dużo mówić, sam ostatnio na jednej z takich konferencji spotkałem dwóch kumpli ze studiów i kilku wiernych Czytelników, z którymi wcześniej wymieniliśmy parę e-maili.

Ten stan rzeczy ma dość poważne konsekwencje, które postaram się pobieżnie omówić. Pierwsza to fakt, że dowolną informację na każdy informatyczny temat da się bez większego zachodu sprawdzić. Jeżeli ktoś np. podczas rozmowy kwalifikacyjnej mówi, że w firmie A kierował zespołem programistów, którzy zrobili system B i sprzedali go firmom C oraz D, to może być pewien, że A, B, C oraz D mogą być dość łatwo sprawdzone. Kandydat, który ponad zdroworozsądkową miarę koloryzuje, nie ma łatwego życia w takim środowisku.

Powszechne kontakty osobiste w branży niektóre firmy starają się wykorzystać do pozyskania zamówień. Są nawet takie przedsiębiorstwa, które bez żenady w ogłoszeniu o pracę piszą, że kluczową kwalifikacją przyjmowanej osoby będą "kontakty wśród odbiorców rozwiązań" - co należy rozumieć, że kandydat ma wnieść niejako w posagu "portfel znajomych", którzy zajmują kluczowe stanowiska. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że przeceniają możliwość zamiany takich znajomości na gotówkę, bo na handlowca każdy patrzy jak na handlowca, a nie jak na kolegę - tym bardziej, jeśli ten kolega o starej znajomości przypomina sobie nagle i po latach.

Trzecia konsekwencja to duża doza solidarności zawodowej, najczęściej dominującej nad lojalnością wobec pracodawcy. Mimo całego wysiłku wkładanego przez przedsiębiorstwa - w szczególności zagraniczne koncerny z branży konsumenckiej - w promowanie korporacyjnej kultury i budowanie u pracowników przekonania, że pracując dla tego akurat pracodawcy chwycili Pana Boga za nogi, informatycy związani są przede wszystkim z informatyką oraz informatykami. W sumie to racjonalne - znam bardzo niewielu informatyków, którzy zmienili zawód na jakiś inny, za to praktycznie wszyscy moi znajomi choć raz zmienili miejsce pracy.

W myśl teorii sieci (jeszcze raz polecam książkę Alberta Laszlo Barabasiego) liczba stopni swobody (czyli kontaktów dzielących nas od dowolnej osoby) w branży informatycznej wynosi jeden, a najwyżej dwa. Kto rozumie ten fakt i potrafi przewidzieć oraz wykorzystać jego konsekwencje, wygrywa. Kto nie - niech zacznie budować kontakty. Nawet jeśli nie jest się akurat niczyim szefem, podwładnym, klientem, dostawcą albo kumplem - zawsze można zacząć od tego, że czytuje się te same felietony w tygodniku Computerworld.