Jazz i komputery

Udało mi się zachować do dziś kilka płyt gramofonowych z sopockich festiwali jazzowych z lat 50. Płyt o szczególnej wartości emocjonalnej, jako że nie wyszukałem ich po latach w antykwariatach, lecz nabyłem wtedy, gdy się ukazały, za oszczędności z uczniowskiego kieszonkowego.

Udało mi się zachować do dziś kilka płyt gramofonowych z sopockich festiwali jazzowych z lat 50. Płyt o szczególnej wartości emocjonalnej, jako że nie wyszukałem ich po latach w antykwariatach, lecz nabyłem wtedy, gdy się ukazały, za oszczędności z uczniowskiego kieszonkowego.

Ówczesny stosunek do jazzu był nabożny i przesiąknięty swoistą ideologią. Jej naczelnym założeniem był brak tolerancji wobec rock and rolla i kwestionowanie jakichkolwiek jego związków z prawdziwą sztuką. Jazz należał do sfery sacrum, rock to było profanum, a między nimi przepaść. Jeszcze w latach 60. wyznawcy tej jedynie słusznej wiary ignorowali Beatlesów i nie dostrzegali istnienia Stonesów.

Aż tu kiedyś, z świętej ziemi jazzu, czyli z samej Ameryki, zaczęły napływać niepokojące sygnały o jakichś kierunkach, określanych jako fusion, które - o zgrozo - zaczęły brać co najlepsze z obu światów. Jak się okazało - z ożywczymi i interesującymi skutkami.

W informatyce podobne zjawisko i niemal takie same dylematy ideologiczne przyniosły lata 80. Do uporządkowanego świata solidnych, dużych maszyn liczących wtargnęli nagle barbarzyńcy z klawiaturami, które mieli czelność nazywać komputerami.

Gdy jedną z tych klawiatur, uzupełnioną solidnym pudłem, postawiono na biurku i zaczęto nazywać komputerem osobistym, zaczęły się próby porównywania z tym co już istniało. Kapłani nowego wyznania podkreślali niską cenę i skromne wymiary swojego, dopiero co narodzonego, bożka. Ich adwersarze wskazywali na niewielkie jego możliwości i niską niezawodność, a jedni i drudzy nie dostrzegali zasadniczej różnicy w przeznaczeniu i możliwościach.

Początkowo nie istniało nawet coś takiego, co dziś nazywa się serwerem. Gdy powstał pierwszy sieciowy system operacyjny, rola komputera wiodącego była przypisywana jednemu z nich przez mianowanie, na zasadzie primus inter pares.

Do obozu nowych pierwsze dołączały kierownictwa firm i instytucji, kierując się wyłącznie kryterium wysokości wydatków do poniesienia. Starzy bronili się, jak mogli: karierę zrobiło pełne ironii hasło: Informatyzacja Huty Katowice przy pomocy komputerów Spectrum.

Przez lata strony trwały w uporze na swych stanowiskach, okopując się coraz to nowymi argumentami, mającymi ostatecznie pognębić przeciwnika. Mało skuteczne było przekonywanie, że nikt nie wozi towarów furgonetką przez pół Europy, jak też że nikt nie zaopatruje kiosków z gazetami, stosując czterdziestotonowe ciężarówki.

Na rozpoczęcie etapu fusion, by odwołać się do jazzowego przykładu, potrzeba było blisko dziesięciu lat. Po takim mniej więcej czasie pojawiła się technika tworzenia systemów, którą określano mianem klient/serwer, dzieląca zadania do wykonania między komputery, a w tym między duże i małe, na zasadzie każdemu według jego możliwości.

Z tego co w informatyce dzieje się w ostatnich latach można odnieść wrażenie, że weszliśmy już w okres total fusion: jedni fundują sobie kolejne systemy, drudzy usiłują zmuszać je do współdziałania, co często sprowadza się do łączenia wszystkiego ze wszystkim. Wynikiem są karkołomne konstrukcje i wieczna improwizacja.

Brak gotowych i sprawdzonych narzędzi do tego celu dowodzi, jak trudny i złożony to problem. Według głośnych zapowiedzi sprzed ponad roku, zmianę miał przynieść język XML i oprogramowanie BizTalk. Na razie jednak wygląda na to, że problem ciągle jeszcze przerasta propozycje rozwiązań.

A - powołując się jeszcze raz na jazz, którego istotą jest improwizacja - już Strawiński mawiał, że kompozycja to też improwizacja, ale tylko ta jedna, wybrana z wielu. w

<hr>

[email protected]


TOP 200