Jabłoń i jabłko

Wbrew możliwym skojarzeniom, nie zamierzam zaczepiać tu ani komputerów, których znakiem jest tytułowy owoc, ani ich zwolenników (komputerów, nie owoców). Nie jest także moim celem polemika z Newtonem, chociaż po ostatnich ''sukcesach'' dwóch braci z Paryża, kto wie - może trzeba się zdecydować na podobny krok, dający miejsce w awangardzie nauki i miejsce w historii.

Wbrew możliwym skojarzeniom, nie zamierzam zaczepiać tu ani komputerów, których znakiem jest tytułowy owoc, ani ich zwolenników (komputerów, nie owoców). Nie jest także moim celem polemika z Newtonem, chociaż po ostatnich ''sukcesach'' dwóch braci z Paryża, kto wie - może trzeba się zdecydować na podobny krok, dający miejsce w awangardzie nauki i miejsce w historii.

Dziś chodzi mi mianowicie o proste przesłanie wynikające z przysłowia o jabłku, co to nie spadnie zbyt daleko od gałęzi, na której dojrzało, i może z niego wyrosnąć tylko jabłoń podobna do tej, z której spadło.

Otóż od zamierzchłej (informatycznej) przeszłości aż do wcale nie tak dawno, bo do lat panowania w USA prezydenta-aktora, trwała tam sprawa sądowa przeciw największej wówczas firmie komputerowej. Szło o to, że firma ta nie godziła się na opublikowanie interfejsu sygnałowego swych drukarek, odcinając w ten sposób wszystkich konkurentów chcących je wytwarzać.

Sprawa rozwiązała się sama i spadła z wokandy, gdy znaczenie zyskał inny interfejs, który - ze względu na jego popularność - rzeczona firma musiała zapewnić również w wymyślonych przez siebie komputerach osobistych.

W efekcie przez lata trwała sytuacja, w której poszczególni producenci komputerów dostarczali własne drukarki, taśmy barwiące do nich różniły się natomiast generalnie tylko sposobem zazębiania się rolki, na której nawinięta była taśma z mechanizmem drukarki obracającym tę rolkę.

Z nastaniem komputerów osobistych sytuacja się zmieniła. Pojawili się liczni wytwórcy małych drukarek, którzy szybko uciekli od zbyt prostego rozwiązania, jakim była zwykła taśma barwiąca do maszyny do pisania. Dla ułatwienia wymiany taśmy (i uniknięcia brudzenia rąk przy tej czynności) taśmę zaczęto umieszczać w plastikowych kasetach.

No i zaczęło się. Każdy producent, chcąc zarabiać również na sprzedaży taśm, wymyślał własne kasety, których kształt uniemożliwiał użycie produktu konkurenta. Podobnie stało się później z i atramentowymi.

Producenci, którzy kiedyś dostarczali tylko taśmy barwiące do maszyn do pisania i dużych drukarek, nie dawali jednak za wygraną. Dostarczali taśmy, kasety, tonery i takiej samej jakości jak oryginały (a czasem nawet lepsze).

Obecnie producenci małych drukarek doprowadzili ich ceny do absurdu: nowa, gotowa do pracy drukarka kosztuje niewiele więcej niż pasujący do niej, oryginalny komplet, np. kałamarzy z atramentem. Strategia zakładająca dokładanie do drukarek i odbijanie sobie tego na atramentach działałaby dobrze, gdyby nie wspomniani dostawcy, dostarczający to samo za ułamek ceny i we wcale przyzwoitej jakości.

No to trzeba było na to zareagować i wymyślić coś, co naprawdę skutecznie wyeliminowałoby takich konkurentów. Jeden ze światowych potentatów drukarkowych postanowił zastosować w tym celu elektronikę i wbudował do swych atramentowych kałamarzy do drukarek specjalny układ scalony. Bez jego obecności drukarka odmawia współpracy z kałamarzem i po prostu nie drukuje.

Szybko jednak znalazł się ktoś, kto wyprodukował kałamarz z identycznie zachowującym się układem. Reakcja producenta "oryginałów" była błyskawiczna: sprawa w sądzie o naruszenie praw autorskich do układu.

Zastanawiam się, przez ile kadencji prezydenckich sprawa ta będzie tułać się po sądach, i nie mogę zrozumieć, że kiedyś, w innej dziedzinie, możliwe jednak było porozumienie i nie mamy dziś np. opon innych do każdego modelu samochodu.

Ciekawostką jednak jest, że producent drukarek, którym się tu zajmujemy, to sprzedana kiedyś firma-córka potentata, o którym mowa w pierwszej części felietonu. No i stąd jego tytuł.