Izby (nie)pamięci narodowej

Miałem cichą nadzieję, że temat komputeryzacji izb i urzędów skarbowych przeminie wraz z wakacjami. Jakież było moje zdziwienie, gdy wróciwszy do domu zastałem na biurku dwa powakacyjne numery CW. W jednym z nich kolejny list Czytelnika, tym razem z Katowic, broniący w imieniu zespołu informatyków jakości komputeryzacji polskiego fiskusa. W drugim mała notatka o unieważnieniu przetargu na dostawę 500 serwerów oraz 3 tysięcy terminali dla urzędów skarbowych w całym kraju.

Miałem cichą nadzieję, że temat komputeryzacji izb i urzędów skarbowych przeminie wraz z wakacjami. Jakież było moje zdziwienie, gdy wróciwszy do domu zastałem na biurku dwa powakacyjne numery CW. W jednym z nich kolejny list Czytelnika, tym razem z Katowic, broniący w imieniu zespołu informatyków jakości komputeryzacji polskiego fiskusa. W drugim mała notatka o unieważnieniu przetargu na dostawę 500 serwerów oraz 3 tysięcy terminali dla urzędów skarbowych w całym kraju.

Mili Państwo: albo jest dobrze, albo jest źle. Jajeczko częściowo nieświeże oraz półdziewica są przykładami z poprzedniej epoki i nie powinny być przywoływane na obronę tego, co się w polskim fiskusie dzieje od ładnych paru lat. A dzieje się źle! Powiedzmy sobie otwarcie, że zdefraudowano co najmniej 100 milionów dolarów - tyle bowiem kosztował pomysł współpracy z firmą Bull. Nie pomogą żadne zaklinania - system który miał działać nie działa. I już!

Przykłady lokalnych działań (jak w Piotrkowie Trybunalskim), polegające na pisaniu własnych baz danych obsługi izb skarbowych są najlepszym dowodem, że nawet kadra zawodowa informatyki ministerstwa finansów przyznaje się do porażki. To, że w paru województwach stosowane są takie same rozwiązania nie jest żadnym argumentem za poprawnością tego rozwiązania. Wręcz przeciwnie - świadczy o całkowitym braku kontroli oraz nadzoru centrali nad terenem.

Nic zresztą dziwnego: wg moich informacji nikt z oryginalnego zespołu, który odpowiada za feralny Poltax, nie pracuje już w ministerstwie finansów. Myślę, że podobnie zachowaliby się autorzy lokalnych rozwiązań, gdyby przyszło je wdrożyć na większą skalę: najpierw założyliby zewnętrzną firmę, by wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy, a potem zakończyliby współpracę. No, może jeszcze po drodze wynajęliby parę pomieszczeń służbowych jakiemuś koncernowi zachodniemu, który miałby złudzenia, że będąc bliżej żłobu wygra przetarg na dostawę sprzętu.

A co do kolejnego przetargu: można kupić po komputerze każdemu urzędnikowi, ale nie podniesie to jakości pracy fiskusa. A jakość tę mierzy się skutecznością ściągania podatków. Może się to osobom zatrudnionym przez ministerstwo finansów nie podobać, ale są pracownikami aparatu przymusu państwowego i ich zadaniem jest uzyskanie jak największych wpływów do kasy. Kropka!

Tymczasem okazało się, że policzenie, ilu obywateli skorzystało z ulgi tzw. darowiznowej zajęło fiskusowi co najmniej cztery miesiące (od kwietnia do sierpnia). To znaczy, że zarządzający publicznymi pieniędzmi przez jedną trzecią roku budżetowego nie wiedzieli, czym zarządzają. Nic dziwnego, że zarządzanie to jest jakie jest.

A przecież nie trzeba odkrywać Ameryki - wystarczyło do niej pojechać. Zbiorowa wycieczka 400 przedstawicieli fiskusa (po jednym z każdej izby i urzędu skarbowego) na tydzień do USA, by zobaczyć jak w praktyce działa IRS, nie kosztowałaby więcej niż jeden procent dotychczas wydatkowanych kwot. Może wtedy okazałoby się, że ręczne wklepywanie liczb z kolorowych formularzy nie jest najlepszym rozwiązaniem wprowadzania danych do komputerów. Zaś dane podatnika z Piotrkowa Trybunalskiego muszą być dostępne także w Katowicach i to nie na kasetce z taśmą, ale w sieci. Zawsze, bo inaczej paru sprytnych Polaków założy setki fikcyjnych firm i przekręci fiskusa na VAT-cie. Co nb. miało już miejsce w paru województwach, a pewnie ma także i w innych, gdzie tego nie wykryto.

Niestety, samozadowolenie urzędników, którzy nie podlegają merytorycznej kontroli, zawsze kończy się dla państwa tak samo: na śmietniku historii. Bo państwa nie mają izb pamięci.