Internet za miedzą

Jak to mówią, trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada niż na naszym trawniku. Jeśli rzecz dzieje się w Kalifornii, to jest to możliwe tylko w zimie, albowiem w lecie trawa w Kalifornii jest wyschnięta i żółta. Obserwacja półpustynnego letniego krajobrazu największego stanu USA była jednym z największych rozczarowań mego życia. Do czasu zimowych odwiedzin. Wprawdzie ścieżki zamieniły się w błotniste pułapki, ale zieleń okazała się wspaniała.

Jak to mówią, trawa jest zawsze bardziej zielona u sąsiada niż na naszym trawniku. Jeśli rzecz dzieje się w Kalifornii, to jest to możliwe tylko w zimie, albowiem w lecie trawa w Kalifornii jest wyschnięta i żółta. Obserwacja półpustynnego letniego krajobrazu największego stanu USA była jednym z największych rozczarowań mego życia. Do czasu zimowych odwiedzin. Wprawdzie ścieżki zamieniły się w błotniste pułapki, ale zieleń okazała się wspaniała.

Podobnie jak i zapach. Kalifornia zimą pachnie eukaliptusami, bo silne wiatry, które przynoszą deszcze, łamią delikatne gałęzie, co uwalnia pewnie jakieś olejki eteryczne. Ale w powietrzu Kalifornii AD 2003 można znaleźć nie tylko nieznane zapachy. Okazuje się, że coraz więcej ludzi używa biurowych i domowych komputerowych sieci bezprzewodowych. Rzadko kto ma budynek albo działkę w kształcie koła i umieszcza stację nadawczą w środku, łudząc się, że na miedzy poziom sygnału będzie za słaby do odbioru.

Równie rzadko ludzie zabezpieczają swoje sieci, choć to przecież takie proste (ograniczenie dostępu przez numer MAC).

Przekonałem się o tym osobiście, ustawiając starego laptopa mojej żony. Przywiozła go na wakacje świąteczne właściwie tylko w jednym celu - aby mąż mógł się pobawić, czyszcząc dysk i instalując nowe wersje oprogramowania. No cóż, nowoczesna dobra żona wie, że nic tak nie zadowala męża-komputerowca jak komputer wymagający natychmiastowej interwencji. Zamiast makatki z napisem "Jak ja ugotuję, to mężowi smakuje", w kuchni taka żona powinna mieć wydrukowane hasło "Jak pomajstruję w komputrze, to mąż zapomni o jutrze". W każdym razie moja dobra żona całkowicie zdaje się na swego męża i od czasu do czasu pozwala mi na intymne chwile ze swoim iBookiem.

Okazało się, że wuj, u którego mieszkaliśmy w święta, dostęp do Internetu ma tylko przez modem. Perspektywa instalowania uaktualnień systemowych przez telefon nie była pociągająca, gdyż ściągane pliki mają czasami więcej niż 50 MB. Z głupiej ciekawości włączyłem więc sprawdzanie sygnału 802.11b - a jakże, był i to całkiem spory. Spojrzenie przez okno wyjawiło dlaczego. Otóż dom sąsiada znajdował się w odległości nie większej niż 5 metrów, zaraz po drugiej stronie płotu.

Wprawdzie na ulicy nie było żadnego znaczka (tzw. warchalking jeszcze się nie rozpowszechnił, nawet w Kalifornii, patrzhttp://www.warchalking.org), ale przepytanie naszego gospodarza na okoliczność sąsiada ujawniło, że ten ostatni jest jakimś konsultantem i że niedawno się w okolicę sprowadził.

Wiadomo że konsultanci często pracują z domu, sprawa więc stała się jasna - nie zabezpieczona sieć WiFi. Przez następny tydzień, zamiast uczestniczyć w dyskusjach o nowym, lepszym świecie (i tak nie wierzę, że taki jest możliwy), mogłem co dzień sprawdzać swoją pocztę i być na sieci. Na dokładkę całkiem szybko, wyglądało na to, że to DSL, bo kabla w tamtej okolicy zdaje się nie ma. W duchu błogosławiłem znanego mi tylko z widzenia sąsiada, że jest człowiekiem zajętym i nie miał czasu, aby zabezpieczyć swój nadajnik. Nawet zasugerowałem, aby taki sąsiedzki układ utrzymywać na stałe.

Trawa po drugiej stronie płotu jest być może bardziej zielona, ale darmowy Internet od sąsiada na pewno. Ostatecznie nie można płacić mniej niż zero. Ale butelka czegoś dobrego dla spolegliwego sąsiada byłaby jak najbardziej na miejscu. W budynku, gdzie mieszkam, są cztery stacje WiFi i wszystkie zabezpieczone. A moglibyśmy używać tylko jednej...