Internet rzeczy, pojazdów, ludzi?

Internet rzeczy, internet pojazdów – co będzie następne? Może internet... ludzi, czyli świat, w którym nie będziemy potrzebować urządzeń zewnętrznych do uzyskiwania dostępu do zasobów sieci informacyjnej?

Ledwie okrzepła na dobre idea internetu przedmiotów – czyli sieci milionów, a nawet miliardów urządzeń, połączonych do sieci i wymieniających dane, a już stoimy u progu nowego zjawiska, będącego, jak się wydaje, naturalnym jej rozwinięciem. Mowa o internecie pojazdów. Zdaniem analityków trend do konstruowania coraz bardziej zaawansowanych technologicznie systemów samochodowych jest już wyraźnie widoczny. Jeszcze w zeszłym roku firma badawcza Gartner oceniła, że do 2020 po drogach będzie poruszać się 150 mln aut z zaimplementowanymi technologiami IoV (ang. Internet of Vehicles). Niedawno pojawił się kolejny raport poświęcony temu zagadnieniu, przygotowany przez spółkę Topology. Biorąc pod uwagę skalę produkcji aut oraz dynamikę jej wzrostu (89,5 mln w 2014 wg zrzeszenia producentów samochodowych OICA – o 3 proc. więcej niż w 2013 r.) opracowanie Topology jest mniej optymistyczne (trudno powiedzieć, czy „bardziej realistyczne”): za pięć lat 3/4 samochodów będzie wyposażonych w osprzęt umożliwiający podłączenie pokładowego systemu multimedialnego do internetu.

Podejrzewam, że urzeczywistnienie obu tych prognoz nie będzie takie proste ani nie nastąpi tak szybko, jak by się spodziewali ich autorzy. Trzeba przecież brać poprawkę na to, że zwykle proces popularyzacji podobnych nowinek oraz ogólnie pojmowanego postępu technicznego przebiega znacznie wolniej, niż wynikałoby to z podobnych analiz. W przeciwnym wypadku już dawno ziściłyby się wizje pionierów i klasyków science-fiction z połowy XX w. i dziś latalibyśmy załogowo w najdalsze zakątki Układu Słonecznego.

Zobacz również:

Wątek SF poruszam nieprzypadkowo, bo w kontekście internetu pojazdów zacząłem się zastanawiać, jaki internet – albo internet „czego” – będzie następny w kolejce do wykreowania. I przyszedł mi do głowy internet... ludzi, czyli świat, w którym ludzie nie potrzebują urządzeń zewnętrznych do uzyskiwania dostępu do zasobów sieci informacyjnej, a połączenie zapewniają im stosowne wszczepy. Świat, gdzie robisz zdjęcie aparatem w gałce ocznej i od razu wrzucasz je online albo wysyłasz komuś maila (albo stosowny odpowiednik maila z przyszłości) wymyślając jego treść.

To wizja stosunkowo często pojawiająca się w literaturze fantastyczno-naukowej, ale nieodległa również „poważniejszym” badaczom i futurologom. Przykładowo, w raporcie „Being Human: Human-Computer Interaction in the year 2020” (Microsoft, 2008 r.) pojawiła się sugestia, że jeszcze przed 2020 r. (znów ta data) nastąpi era komputera wszechobecnego: zamiast kilku komputerów i urządzeń elektronicznych, każdy użytkownik za pośrednictwem rozległej sieci połączeń uzyska dostęp do tysięcy komputerów oferujących różne funkcje i dostęp do różnych informacji. Ale znowu, minęło kilka lat i tej rychłej integracji człowieka z maszyną nie widać.

Ale nawet gdyby było inaczej, to należy zadać pytanie, gdzie przebiegają granice postępu, jak je wytyczyć i kto powinien to robić. Biotechnologiczne ingerencje wydają mi się etycznie równie wątpliwe, co eksperymenty z modyfikacjami ludzkiego DNA i mogą prowadzić do podobnie nieoczekiwanych i niepożądanych konsekwencji, z kwestiami cyberbezpieczeństwa na czele. Być może korzyści i zastosowania idei „Internet of Humans”, np. w medycynie i diagnostyce chorób, przeważą nad wadami, ja jednak cieszę się, że póki co słowo „implant” kojarzy się głównie z chirurgią ucha.


TOP 200