Internet po rosyjsku

O rosyjskiej klienteli Internetu panuje dość powszechne wyobrażenie, że składa się ona wyłącznie z osób o poglądach demokratycznych i liberalnych, zwolenników gospodarki rynkowej. To piękny mit, rokujący nadzieję - pisał ironicznie tygodnik "Ogoniok". Z sondaży przeprowadzonych przed ostatnimi wyborami wynika bowiem coś innego.

O rosyjskiej klienteli Internetu panuje dość powszechne wyobrażenie, że składa się ona wyłącznie z osób o poglądach demokratycznych i liberalnych, zwolenników gospodarki rynkowej. To piękny mit, rokujący nadzieję - pisał ironicznie tygodnik "Ogoniok". Z sondaży przeprowadzonych przed ostatnimi wyborami wynika bowiem coś innego.

Otóż udział w wyborach do Dumy Państwowej deklarowało 65 proc. użytkowników Internetu i 66 proc. ogółu wyborców, w wyborach prezydenckich 79 proc. internautów i 78 proc. wszystkich obywateli. Pod tym względem klientela rosyjskiego Internetu niczym się więc nie wyróżnia na tle całego społeczeństwa. Ciekawszy był natomiast zanotowany wówczas rozkład politycznych sympatii internautów: co piąty określił się jako zwolennik partii Ojczyzna Rosja (Łużkow), co dziesiąty - reformatorskiego Jabłoka lub Związku Sił Prawicowych, po 7 proc. - partii Jedinstwo (Putin) i komunistów, 3 proc. - partii Żyrinowskiego. Jeśli więc tylko co dziesiąty użytkownik Internetu jest wyznawcą wartości liberalnych, to pozostałe 90 proc. stanowią, jak ocenia "Ogoniok", typowi przedstawiciele warstwy urzędniczo-biurokratycznej. Być może, dlatego też z Internetu korzysta się w Rosji głównie w godzinach biurowych, w pracy, czyli nie za własne pieniądze.

A jakie to są pieniądze? Duże, jeśli porównać je z podobnymi opłatami w Europie Zachodniej, lub wręcz horrendalnie wielkie, jeśli brać za punkt odniesienia zarobki statystycznego obywatela Federacji Rosyjskiej. Ci, których na to stać, kupują na kartki. Jest to zresztą coś zbliżonego raczej do nowoczesnej karty kredytowej niż do papierowych bonów z minionej epoki.

Zdjęcie małego kangura wyglądającego z torby skaczącej mamy-kangurzycy i hasło "Nieważna jest twoja szybkość, lecz szybkość twojego dostawcy" na bilboardach w moskiewskim metrze skłaniają nas do skorzystania z usług jednej z kilkudziesięciu (!) firm ISP. Plastikową kartę z kodem aktywacji ukrytym pod ścieralną "zdrapką" nabywamy w przedstawicielstwie mieszczącym się w samym centrum miasta, niedaleko od Kremla. Poza strażnikiem i kasą zabezpieczoną podwójną szybą pancerną, znajduje się tu niewiele. Na szczęście techniczne informacje o warunkach dostępu są zredagowane przejrzyście i nie pozostawiają nic do życzenia. Płaci się jeszcze rublami, ale tak naprawdę to w dolarach, ponieważ cenę określają "jednostki przeliczeniowe" oznaczające aktualny kurs dolara. Za 25 jednostek, czyli dolarów, możemy surfować w Internecie przez jeden miesiąc do 50 godzin, połączenia między 2 w nocy a 10 rano nie są nam odliczane od salda. Opłaty za połączenie telefoniczne do tego nie dochodzą - w Moskwie rozmowy miejscowe są bezpłatne, oczywiście nie licząc niemal symbolicznego abonamentu miesięcznego za telefon.

Samo konto zakładamy już w domu, z własnego notebooka, łącząc się z witryną dostawcy usług. Tak przynajmniej głosi informacja, którą otrzymaliśmy wraz z naszą karteczką internetową. Praktyka niestety zadaje tu kłam teorii, ale rzecz cała w końcu zostaje uwieńczona sukcesem w wyniku zwyczajnej rozmowy telefonicznej z sympatyczną operatorką, która wpisze nasze dane do systemu. To, że żąda ona od nas podania wszystkich wielce tajnych haseł i numerów, które przed chwilą w tajemnicy przed całym światem żmudnie odkrywaliśmy drapiąc po wspomnianej plastikowej karteczce, jest już jednak trochę mniej sympatyczne.

Kto nie ma bogatego wujka lub chce sobie zaoszczędzić czasu i podobnych perypetii, wybiera kawiarenkę internetową. Powiedzmy, mieszczącą się w Państwowym Uniwersytecie Humanistycznym. Cena 25 rubli za godzinę z pewnością nie jest obliczona na kieszeń przeciętnego Rosjanina, ale żeby dziś studiować w Rosji, trzeba i tak mieć (bardzo) bogatych rodziców, więc ruch jest dosyć spory. Przy terminalach nad młodymi naukowcami dominują jednakże wyraźnie miłośnicy gier komputerowych.

Wobec faktu, że w 8-milionowej Moskwie jest zaledwie kilkanaście takich kawiarenek, a ceny sprzętu komputerowego są niebotyczne, kursująca w prasie rosyjskiej liczba 1% obywateli Federacji Rosyjskiej mających dostęp do Internetu nie wydaje się specjalnie zaniżona.

Ale mimo to ten najmłodszy i samoregulujący się środek przekazu już zaktywizował zwolenników wprowadzania administracyjnej kontroli gdzie się tylko da. Najpierw Ministerstwu Łączności i Informatyzacji odebrano techniczne funkcje zarządzania przestrzenią adresową na rzecz Ministerstwa (!) do spraw Prasy, Teleradiofonii i Komunikacji Społecznej. Specjalna grupa robocza w Dumie ma opracować projekt ustawy określanej na razie ogólnikowo - "O Internecie". Jednocześnie minister do spraw prasy zapowiada, że do końca br. przedstawi projekt ustawy przewidującej m.in. licencjonowanie stron WWW, ma się rozumieć za odpowiednią opłatą. "Ogoniok" ostrzega, że użytkownicy Internetu zaczną się wtedy rejestrować poza granicami Federacji Rosyjskiej, a krajowi ISP pójdą na zieloną trawkę. Zwraca także uwagę, że wprawdzie mnożą się przypadki posługiwania się Internetem do włamywania się do kont bankowych, naruszania praw autorskich czy manipulacji politycznych, ale za wcześnie, by wyciągać z tego wniosek o konieczności specjalnych regulacji prawnych. Jak na razie wystarczają "Zasady korzystania z Sieci", przyjęte na ogólnokrajowym forum dostawców usług i chroniące przed nieuprawnioną reklamą i agitacją, napaściami na osoby i instytucje, fałszowaniem informacji itp., przy czym każde naruszenie powinno powodować odłączenie od Internetu.

Zdjęcia: Marcin Rutkiewicz#####


TOP 200