Integratorów ci u nas dostatek...

Miniony rok powinien się zapisać w annałach informatyki polskiej jako 'okres integracyjnej burzy i naporu'. Wydarzenie podobne do słynnego, romantycznego 'okresu burzy i naporu' rozwalającego skamieniałe struktury świata klasycystycznego.

Miniony rok powinien się zapisać w annałach informatyki polskiej jako 'okres integracyjnej burzy i naporu'. Wydarzenie podobne do słynnego, romantycznego 'okresu burzy i naporu' rozwalającego skamieniałe struktury świata klasycystycznego.

Od roku 1995 koniec z dystrybutorami, dostawcami dla użytkownika końcowego. Koniec z prymitywnym handlowaniem pudełkami. Nastał czas wyrafinowanego rzemiosła integracyjnego - najwyższej formy maestrii informatycznej. Biorę do ręki dowolny periodyk informatyczny i serce mi rośnie. Prawie każda reklamująca się firma mieni się integratorem. Ci, co jeszcze do tej pory się nie zorientowali nadrobią fatalne zaniedbanie w następnym numerze. Czytam liczne raporty i cieszę się coraz bardziej. Teza, że stajemy się światowym, integracyjnym mocarstwem zamienia się w pewnik. Po rozmowach z kolejnymi szefami informatycznych przedsiębiorstw uznaję, że nie można już dłużej czekać.

Po pierwsze, szeroka opinia publiczna musi poznać tę kojącą prawdę, nasze kompleksy, jak cudowny balsam. Nie tylko mamy najlepszych, rzec by można ukierunkowanych na zewnątrz polityków, ale także najwyższe zdolności integracyjne, wybiegające daleko poza sferę informatyki. Ostatnie wybory zadają kłam oszczerczym opiniom, że Polacy nie potrafią się jednoczyć pod jednym sztandarem. Po drugie, nasze gremia gospodarcze powinny mieć świadomość, że rośnie w kraju potężny sektor eksportowy. Na kilka tysięcy firm informatycznych, co najmniej połowa określa się jako integratorzy systemów informatycznych. Bój się zjednoczona Europo! Po trzecie więc, trzeba wspaniałą nowinę głosić wielkim głosem na cały świat. Najlepiej za pomocą naszych przebojowych, efektywnych instytucji promujących polskość gdzie się da i jak się da. Tym razem sprawa nie idzie już o garść wiśni, czy jarliczki jedwabiste, co to ich Francuzi i Anglicy nie chcieli. Tym razem chodzi o integracyjny 'know how'.

Oczami wyobraźni widzę, że czytacie Państwo ten tekst z coraz większym niedowierzaniem. Jak to się stało, że nad wydarzeniem tak wiekopomnym przeszliśmy do porządku dziennego? Zastanawiając się coraz głębiej zaczynamy nabierać zrazu niejasnych, potem coraz bardziej oczywistych podejrzeń. Staliśmy się ofiarami wielokrotnego nadużywania pojęcia - integracja. Tak już zdarzało się w przeszłości. Kilkanaście lat temu karierę robił "system", w końcu wszystko było systemowe. Kto nie sprzedawał systemu był skończony. Parę lat temu staliśmy się świadkami ofensywy "systemów otwartych". W jej rezultacie wszyscy jak jeden mąż oferowali systemy otwarte. To, że większości z nich nie dawało się połączyć z niczym innym, że nie odpowiadały one żadnym standardom nie miało znaczenia. Były otwarte i już. Podobnie jest teraz. Integracja stała się słowem wytrychem, otwierającym prawie każdej firmie drzwi do informatycznej nobilitacji.

Czy na miano integratora zasługuje nawet największa firma stawiająca gdzieś setki czy tysiące pecetów. Czy integratorami można nazywać firmy, które nauczyły się (i bardzo dobrze!) rozwijać z bębna metry skrętki lub cienkiego Etherneta. Nie chcę tu, broń Boże, deprecjonować umiejętności tych, którzy potrafią sprawnie założyć okablowanie strukturalne w 20-piętrowym budynku. To wielka sztuka, ale integracja to coś znacznie większego. To nawet więcej niż łączenie tych setek pecetów za pośrednictwem sieci strukturalnej. W pojęciu integracja kryje się przedsięwzięcie informatyczne bazujące na precyzyjnym projekcie, które ma doprowadzić do realizacji działającej aplikacji. W przeciwnym razie mamy w najlepszym przypadku do czynienia z generalną dostawą sprzętu, elementów sieciowych i oprogramowania. Powtarzam z naciskiem - efektem wysiłków integracyjnych ma być system użytkowy spełniający wymagania klienta.

Stosując takie kryterium można łatwo spostrzec, że działania integracyjne muszą przebiegać w oparciu o solidną metodologię rozwijaną zazwyczaj latami. Do realizacji takiego celu potrzebni są profesjonaliści, których kształcenie i praktyka powinny trwać co najmniej dwa, trzy lata. Spójrzmy dookoła! Przecież nawet największe firmy integracyjne często muszą sprowadzać kierowników projektów, specjalistów-integratorów z zagranicy. Tej sztuki trzeba się w kraju błyskawicznie uczyć, jest na to czas. Nie próbujmy jednak zamiast tego bełtać klientom w głowach, że prawidłowo przeprowadzona generalna dostawa szeregu elementów systemu informatycznego jest właśnie integracją. A jeśli któraś z firm chwali się nieskromnie, zapytajmy. Gdzie działają wasze zintegrowane systemy? Czy ich użytkownicy dostali do ręki sprzętową i programową platformę wspólnego działania?

W nowym 1996 roku pozytywnych odpowiedzi na powyższe pytania życzę wszystkim, którzy się za integratorów uważają. Bez względu zaś na odpowiedzi życzę rodzimej informatyce jeszcze większych sukcesów niż w roku ubiegłym.


TOP 200