Input/Output

Gdzieś po zakamarkach pamięci tłuką mi się równania opisujące warunki stabilności układu elektronicznego. Obwód był stabilny wtedy, gdy ograniczonemu pobudzeniu na wejściu odpowiadała ograniczona odpowiedź na wyjściu. W celu sprawdzenia, czy taki układ będzie stabilny, konstruowało się jakąś macierz, wyliczało się jej wyznacznik, a ten wyznacznik... nie, nie przypomnę sobie.

Gdzieś po zakamarkach pamięci tłuką mi się równania opisujące warunki stabilności układu elektronicznego. Obwód był stabilny wtedy, gdy ograniczonemu pobudzeniu na wejściu odpowiadała ograniczona odpowiedź na wyjściu. W celu sprawdzenia, czy taki układ będzie stabilny, konstruowało się jakąś macierz, wyliczało się jej wyznacznik, a ten wyznacznik... nie, nie przypomnę sobie.

W każdym razie ostatnio zatęskniłem za jakimś wzorem, którego mógłbym użyć do mierzenia równowagi wyjścia względem wejścia. Zdarzyło mi się odbyć kilka interesujących rozmów z osobami pracującymi w zupełnie innej dziedzinie zastosowań informatyki niż ta, w której ja pracuję. Jeden z moich rozmówców pracował na stanowisku szefa produktu w firmie budującej sieci - od lokalnych po ogólnopolskie. Nieco skrócony opis jego pracy wyglądał mniej więcej tak: "Kiedy pojawia się nowa wersja produktu, którym się zajmuję, czytam dwie dwustustronicowe książki, potem jadę na trzydniowe szkolenie, a wszystko po to, żeby móc pomagać klientom i naszym inżynierom w projektowaniu i konstruowaniu rozwiązań. Przez pół roku, bo tyle średnio czasu mija, zanim mój produkt nie zostanie zastąpiony nowym, mam może dziesięć okazji, żeby wykorzystać tę wiedzę. Ale i tak muszę ją mieć, bo gdybym czegoś nie wiedział natychmiast, miałoby to bardzo negatywne skutki dla mojej firmy".

Oto godna podziwu proporcja między wejściem a wyjściem, pomyślałem. Gość całe tygodnie dowiaduje się czegoś, a jak już się dowie, to najwyżej kilka razy zdarza mu się to wykorzystać. Moja praca, inżynieria systemów informatycznych, charakteryzuje się odwrotnymi proporcjami między ilością informacji na wejściu do ilości informacji na wyjściu. Podstaw nauczyłem się na studiach, teraz pogłębiam wiedzę na kilkudniowych kursach, z prasy branżowej i z literatury, co wyczerpuje kwestię input. Output, czyli stworzone oprogramowanie, jest zaś ogromne.

Skądinąd wiem, że w swojej pracy i tak mam dość komfortową sytuację. Zdarza się bowiem, że szefowie wyznają zasadę, że wszystko to, co informatyk robi, kiedy nie siedzi przy komputerze i nie klepie w klawisze, to strata czasu. Dla takich właśnie menedżerów przydałoby się wspomniane równanie pozwalające zmierzyć, czy proporcja między przyjmowaną wiedzą a jej produktami nie jest zaburzona.

Przydałoby się ono też informatykom. Czasami oni sami dają się uśpić dobrymi warunkami pracy i przyzwoitą pensją. Zaniedbują "wejście", czyli dokształcanie się. Miałem kiedyś okazję spotkać takiego nieszczęśnika - jeszcze młody pracownik, a już ma przestarzałą wiedzę i kłopoty ze znalezieniem nowej pracy. Nie bardzo wiadomo, co począć w takiej sytuacji: zatrudnić się za mniejszą pensję, ale w miejscu, gdzie można się rozwijać, czy może trzymać się dotychczasowej ciepłej posadki, która daje komfort i pieniądze, ale nie pozwala pogłębiać wiedzy?

Na szczęście, widzę jeszcze trzecią postawę. Postawę, która budzi mój największy podziw. Ludzie, którzy mają jakiś pomysł, rzucają wszystko, sięgają do swoich oszczędności albo idą po pieniądze do funduszu wysokiego ryzyka, kupują komputer, łącze do Internetu i uruchamiają mały biznes. Uda im się albo nie, ale pracę w zawodzie znajdą zawsze, za wiele więc nie ryzykują. A doświadczenia zawodowe, których nabędą podczas takiej małej, wirtualnej przygody, są znacznie więcej warte niż wszystkie kursy i książki razem wzięte.

Takie doświadczenia to najcenniejsze "wejście", jakie można zdobyć. I mam nadzieję, że pracodawcy zaczną to rozumieć i patrzyć na takich ludzi z podziwem, a nie, tak jak teraz, z podejrzliwością.


TOP 200