Informatycy i infofajtłapy

Za bardzo ująłem się za informatykami pracującymi w urzędach. Sądziłem, że za fakt, iż los zaprowadził ich do świata biurokracji, trzeba ich podziwiać. Sądziłem, że swoją pracę traktują jak misję; że poświęcają się, pozostając w urzędach, mogąc pracować w wielu innych miejscach. Okazuje się, że to wszystko guzik prawda.

Za bardzo ująłem się za informatykami pracującymi w urzędach. Sądziłem, że za fakt, iż los zaprowadził ich do świata biurokracji, trzeba ich podziwiać. Sądziłem, że swoją pracę traktują jak misję; że poświęcają się, pozostając w urzędach, mogąc pracować w wielu innych miejscach. Okazuje się, że to wszystko guzik prawda.

Informatycy pracujący w urzędach niczym nie różnią się od pracujących tam urzędniczek i urzędników. Nie tylko nie wyróżnia ich szczególna ochota do pracy w porównaniu z ich koleżankami urzędniczkami i kolegami urzędnikami. Informatycy pracujący w urzędach są często gorsi od swoich koleżanek i kolegów.

Źycie informatyków pracujących w urzędach również toczy się wokół kanapkowego menu; toczy się wokół rozkrajanych pomidorów i ogórków, toczy się zgodnie z harmonogramem zaparzanych kaw i herbat. Dowiedziałem się o tym od pani urzędniczki, która - nie wiedzieć jakim sposobem - przeczytała mój ostatni felieton. Oburzona - przynajmniej na wstępie naszej telefonicznej rozmowy - zaczęła przedstawiać mi pracujących w urzędzie informatyków. Jest ich tam czterech. Podobnie jak ona, informatycy po przyjściu do pracy zmieniają obuwie. Podobnie jak ona, pracę zaczynają od kawy/herbaty. Podobnie jak ona, wędrują z pokoju do pokoju, ucinając sobie pogaduszki (urzędniczka nie miała sobie nic do zarzucenia, przyznając się do takiego trybu pracy, tłumacząc to ochroną przed całkowitym znudzeniem). I tak jak ona, w południe rozkładają serwetki, a na nich przyniesione z domu niemal całe obiady. Co więcej, informatycy okazali się być najlepszymi partnerami w spożywaniu urzędniczych posiłków i w biurowych pogaduszkach.

Ten specyficzny donosik nie ujmowałby niczego informatykom (niech ktoś zarzuci im problemy w nawiązywaniu kontaktów z otoczeniem - absurd), gdyby nie fakt, że informatycy ci zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w przypadku najdrobniejszej awarii. "Oni chodzą w tę i we w tę, a my stoimy z pracą" - tłumaczyła urzędniczka (która zaznaczyła, że w swojej urzędniczej karierze, przeżyła już niejednego informatyka).

W tym miejscu pojawia się odwieczny problem traktowania informatyków, jak chłopców od wszystkiego, których rola niwelowana jest do prawidłowego działania drukarek i nic poza tym. I wcale się nie dziwię informatykom, przeklinającym swoich szefów, co to niczego nie rozumieją, że buntują się przed takim zaklasyfikowaniem. Tylko czy rzeczywiście nie jest tak, że użytkownicy oczekują w pierwszej kolejności właśnie prawidłowej pracy drukarek? A jeśli cała rzesza informatyków zachowuje się podobnie, jak czwórka z jednego z warszawskich urzędów, to pozostaje jedynie czekać na cud, aby mniemanie o informatykach uległo zmianie. Szkoda tylko, że niesłuszną karę ponoszą przy tym ci informatycy, których rzeczywiście warto słuchać. Tacy są z całą pewnością. Pozostaje tylko odpowiedź na pytanie: ilu jest informatyków, a ile infofajtłap.


TOP 200