Informacja dla wszystkich

Dodzwoniłem się do informacji telefonicznej w dużym, polskim mieście wojewódzkim. Poprosiłem o podanie numeru telefonu znajomego, podając jego imię, nazwisko i na wszelki wypadek tytuł naukowy.

Dodzwoniłem się do informacji telefonicznej w dużym, polskim mieście wojewódzkim. Poprosiłem o podanie numeru telefonu znajomego, podając jego imię, nazwisko i na wszelki wypadek tytuł naukowy.

Pani z centrali bez żadnej intonacji wyrecytowała: adres. Miało mnie to zachęcić do jego podania. Odpowiedziałem, że nie znam. Pani powtórzyła: adres. Ja też więc powtórzyłem, że nie znam, bo gdybym znał, to pojechałbym do niego. Pani z informacji świadoma swej misji, praw i obowiązków, a także tendencji zmian regulacji prawnych w reformowanej Rzeczpospolitej powiedziała: Albo adres, albo nie będzie numeru telefonu. Obruszyłem się, że przecież dzwonię do biura informacji i chcę otrzymać numer telefonu. Ustawa o ochronie danych osobowych - poinformowała telefonistka i odłożyła słuchawkę.

Nie dodzwoniłem się do kolegi i w konsekwencji nie otrzymałem materiałów, a on nie dowiedział się o zaproszeniu na konferencję. Wszystko jednak odbyło się zgodnie z ustawą w rozumieniu pani telefonistki z biura informacji. Informacja dotycząca adresu jest w biurze informacji traktowana jako tajna dla poszukującego informacji. I słusznie.

W uniwersytetach powstają nowe instytuty i katedry z nazwami stosownymi do najnowszej mody (Komunikacji Społecznej, Interpersonalnej, Globalnej, Międzyludzkiej, Międzykulturowej, Organizacyjnej, Zarządczej). Jednocześnie w setkach biur i urzędów godzinami dzwonią tysiące telefonów, których nikt nie odbiera. Do innych dziesiątek instytucji nie sposób się dodzwonić, gdyż telefony są zajęte przez osoby wydzwaniające na audiotele. Właśnie sąd w Gdańsku nie znalazł w takim postępowaniu znamion przestępstwa. Są wciąż w uniwersytetach miejsca, w których nie rozumie się paradoksu polegającego na współistnieniu nowych instytutów i katedr ze zjawiskiem nieodbierania telefonów czy ich blokowania w celach prywatnych. Przecież to ogranicza dostęp do informacji.

Nie ma wątpliwości, że w naszych praktykach komunikowania się wciąż bardzo mało zmienia się na korzyść. Nadal powszechnie lekceważy się prywatność i nie przestrzega prawnych nakazów i zakazów mających na celu ochronę danych osobowych. Dzieje się to nie tylko w tzw. różnych urzędach, ale również u źródła wiedzy - w uczelniach. W czerwcu... i w innych terminach wytężonych prac egzaminacyjnych można postudiować kilometrowe listy wyników egzaminów: nazwisko-imię-ocena. W tych trójkach uporządkowanych aż się roi od dwój. Każdy może przeczytać, kto ma dwóję i z czego. Nie zależy to nawet od przedmiotu: informatyka, prawo, socjologia. I pomyśleć, że profesor amerykański byłby po wywieszeniu imiennej listy ukarany usunięciem z uczelni. Polski profesor zamieści dziesiątki nazwisk wraz z ocenami, ale i tak pozostaje w zgodzie z ustawą. Potrafi wytłumaczyć, że ta osoba (student) wyraziła zgodę na publikowanie jej nazwiska wraz z ocenami z chwilą wpisania się na studia.

Ogłoszenie nazwiska z oceną jest informacją prywatną. Oznacza to, że nikt nie ma prawa jej ogłosić publicznie. Jeśli ktoś (nawet profesor) pomyli się i ogłosi nazwisko studenta z oceną niedostateczną, robi mu krzywdę. Tłumaczenie się, że pomyłka zawsze może się zdarzyć, jest pokrętne. Nie zrozumie tego osoba, która nigdy takiej pomyłki nie doświadczyła lub która zawsze otrzymywała same dwóje. Ustawa o ochronie danych osobowych powstała w celu zabezpieczenia osób poważnie traktujących to, co robią, przed takimi skutkami niedbalstwa.