I ty nie zostaniesz prezesem

Pewnie nie tylko ja zastanawiam się, w jaki sposób zostać prezesem. Powoduje mną jedynie ciekawość, a nie aspiracje, bo zdaję sobie sprawę, że klawe życie może mieć tylko "cysorz".

Pewnie nie tylko ja zastanawiam się, w jaki sposób zostać prezesem. Powoduje mną jedynie ciekawość, a nie aspiracje, bo zdaję sobie sprawę, że klawe życie może mieć tylko "cysorz".

Pomimo że prezesi tylko wyżerkę mają klawą, to w moim przekonaniu nie jest to atrybut wart wygórowanego poświęcenia. Bo prezes musi się poświęcać, aby swoją firmę pchać do przodu i do góry, gdyż do tyłu i na dół jakoś sama się kieruje naturalnym porządkiem rzeczy. W ramach tego poświęcenia musi on spędzać czas w towarzystwie ludzi, których na ogół nie lubi, a tylko udaje, że kontrahenci to najwspanialsi na świecie kompani. Musi wraz z nimi uczestniczyć w suto zakrapianych i zastawianych imprezach, aby potem nadmiar tkanki tłuszczowej i opary alkoholu wydalać w czasie porannego morderczego biegania lub pływania. I to dopiero jest poświęcenie w osądzie moim - maluczkiego, którego ledwie stać, aby rano doczłapać do parkingu i z tego wysiłku nie wyzionąć ducha za kierownicą. Po prostu prezes musi być zdrowy jak koń. I to jest pierwsze wytłumaczenie, dlaczego ja oraz mi podobni nie nadają się na tę funkcję.

Prezes musi obecnie umieć grać w golfa. Co prawda bywa, że w pomniejszych firmach czasem przystoi mu jeszcze tenis. W każdym razie musi być należyte pole do popisu i załatwienia przy okazji kilku spraw. Tenis stołowy przypada zaś w udziale takim jak ja i to na dodatek pod mniej szlachetną nazwą ping-ponga. Tu trzeba grać i to szybko, nie rozmawiać, a i z miejscem jest zazwyczaj krucho, więc w podłej świetlicy trudno zgromadzić należytą liczbę kooperantów. Stąd pole do popisu i rozwinięcia skrzydeł dosyć ograniczone. Widać z tego, że prezesura dla pingpongistów raczej nie stoi otworem.

Jest też pewna rzecz, której prezes nie powinien. Otóż nie powinien on znać się zbyt dobrze na robocie. Bo gdyby się znał, czyli był fachowcem jak większość szeregowych pracowników, to byłby się imał tej pracy i końmi nie dałoby się go odciągnąć, tak jak nas - administratorów, programistów, projektantów - trudno od pracy oderwać. Ośmiogodzinna dniówka przelatuje nam, jak z bicza strzelił, zanim się człowiek obejrzy. Z tego względu często hołdujemy kilkunastogodzinnemu dniu pracy. Jesteśmy tak zajęci swoim rzemiosłem, że nikt nie bierze nas pod uwagę jako potencjalnych kandydatów na prezesów. I to wydaje się być w pełni zrozumiałe.

Mniej zrozumiałe jest - przynajmniej dla mnie - dlaczego prezesom na ogół trudno zrozumieć pewne rzeczy, dla specjalistów tak klarowne. Widać jest już tak ustalone, że jeden ma zdrowie, a drugi wiedzę. Najgorsze jest to, że zdrowie nie trwa wiecznie. I co ma wtedy robić taki prezes, gdy je straci? Jak poradzi sobie z tymi wszystkimi imprezami i uprawianiem sportu? Kto będzie chciał z nim załatwiać interesy? Lepiej jednak nie być prezesem. Nie będąc okazem zdrowia można przynajmniej być ciągle fachowcem i w miarę normalnie pracować.


TOP 200