I po co te komputery?

Banki nie tylko się komputeryzują, ale zabiegają o klientów. Na razie pozornie.

Banki nie tylko się komputeryzują, ale zabiegają o klientów. Na razie pozornie.

Pewien student uwierzył w informację o wspaniałych warunkach, jakie bank daje studentom zakładającym rachunki. W reklamach zachęcających studentów bank pisze o rozwiniętej sieci placówek i bankomatów. Student zdecydował się na ten bank, gdyż inne tyle nie obiecują bądź obietnic nie dotrzymują. Wybrał się więc do banku dopełnić formalności niezbędnych do stania się jego klientem. Dowiedział się, że jako student nie będzie miał czeków, a kartę bankomatową otrzyma po pierwszej wpłacie z uczelni. I dobrze, przynajmniej choć trochę oszczędzi. Po pierwszej wpłacie dowiedział się, że kartę może otrzymać dopiero po drugiej wpłacie. Przeżyje jeszcze miesiąc bez karty. W końcu nie potrzebuje pieniędzy, skoro studiuje za darmo. Za miesiąc dowiedział się, że kartę można dostać po trzeciej wpłacie. W końcu otrzymał swój PIN-code, a bank przyznał mu dzienny limit wypłat w oszałamiającej wysokości... 20 zł (dwudziestu). Cierpliwość (przyznajmy wyjątkowa) studenta została oryginalnie nagrodzona. Czy nikt nie próbował tego policzyć? Student na konto otrzymuje np. 300 zł miesięcznie, ale może dziennie wypłacić zaledwie 1/15 tej kwoty i to dopiero po tym, jak łączna kwota depozytów osiągnie wartość 900 zł. Gdy student potrzebuje butów, to niech szuka przeceny, na której kupi parę za 20 zł. Może oczywiście kupić droższe, ale musi jechać do oddziału, w którym ma rachunek, bo przecież studentowi książeczka czekowa nie przysługuje.

Ten sam bank zrobił niedawno klientom niespodziankę. Podwoił cenę karty VISA utrzymując jej ważność przez rok i wydłużając czas oczekiwania na nią. Jest jednak możliwość otrzymania karty w trybie ekspresowym (tydzień!) za dodatkowe 30 zł. Karta kosztuje więc razem 80 zł, czyli ponad 12 razy drożej niż w pewnym dużym banku w Kanadzie. Uwzględniłem w rachunkach to, że nasz bank kartę wydaje tylko na rok, niepotrzebnie podnosząc koszty. Bank ten również zaskoczył swoich klientów, zamykając w soboty niektóre swoje placówki. Klienci, którzy odwiedzili bank w sobotę, mogli przeczytać na zamkniętych drzwiach przeprosiny i zaproszenie do odwiedzenia banku w dni robocze. A jeśli ktoś wybrał ten bank tylko dlatego, że można w nim było załatwić sprawy w sobotę, którą ma akurat wolną? A jeśli ktoś obiecał dziecku wielkie zakupy i wyjście do wesołego miasteczka? Co zrobi, jeśli cztery bankomaty tego banku są nieczynne, a ma za mało gotówki w kieszeni? Powinien sobie sprawić kartę VISA. Bank wcale jednak do tego nie zachęca, ustalając taką jej cenę.

Klient tego banku pewnego dnia odsłuchał wiadomość nagraną na automatycznej sekretarce: Proszę się zgłosić w pilnej sprawie w oddziale banku. Ani dzień dobry, ani nazwiska, ani w końcu informacji, o który oddział, którego banku chodzi. Rzeczony klient to człek krnąbrny i czepliwy. Zadzwonił i zapytał, skąd mają zastrzeżony numer jego telefonu. Nikt nie potrafił odpowiedzieć. Pracownica innego banku zadzwoniła do klienta i poprosiła o skontaktowanie się z oddziałem, podając numer telefonu. Klient zadzwonił i zadał zasadnicze pytanie: Skąd macie mój zastrzeżony numer telefonu. W odpowiedzi usłyszał: Przecież płacimy pana należności za telefon. W dokumentach numer telefonu jest zakodowany, przy czym każdy, kto potrafi zliczyć do dziewięciu, łatwo odkoduje. Czy mogła pracownica banku skorzystać z odkodowanego numeru telefonu? Sądzę, że nie, i nie zmienia tego fakt, iż pracownica zadzwoniła w interesie klienta.

Przyznają Państwo, że komputeryzacja takich banków nie ma sensu. Środki przeznaczane na zakup drogiego wyposażenia lepiej wydać na douczenie personelu, który musi zrozumieć, że klient płaci za dobre traktowanie i dbanie o jego interesy. Jeśli tego nie zrozumieją, za dziesięć miesięcy przyjdzie im zacząć płacić za niekompetencję - inni będą klientów lepiej traktować.


TOP 200