Hiacynta Węborek-Amfora

Okres wakacyjny pozwala odejść nieco od spraw naszej branży i dostrzec, że poza nią też jeszcze coś się zdarza. Coś, na co można raz i drugi spojrzeć z dystansu, na luzie, a nawet z pewną frywolnością.

Okres wakacyjny pozwala odejść nieco od spraw naszej branży i dostrzec, że poza nią też jeszcze coś się zdarza. Coś, na co można raz i drugi spojrzeć z dystansu, na luzie, a nawet z pewną frywolnością.

Właśnie zaczął się ukazywać kolejny tygodnik z programami telewizyjnymi, którego główną - jak dotąd - zaletą są załączane do każdego numeru płyty z odcinkami pokazywanego już u nas przed laty brytyjskiego serialu. Ukazuje się w tym serialu i wyśmiewa (ale dobrotliwie!) obyczaje społeczeństwa brytyjskiego lat 80., a główna bohaterka ze szczególną pieczołowitością dba o zachowanie wszelkich pozorów, mających stawiać ją wyżej w odbiorze otoczenia.

Pani ta nosi dość pospolite nazwisko "bucket", ale snobuje się, wymawiając je z francuska "bouquet". Najlepszym tłumaczeniem słowa "bucket" byłby - w tym akurat przypadku - wielkopolski "węborek" (wiaderko), tak więc moglibyśmy mieć bohaterkę serialu Hiacyntę Węborek. To zaś pozwalałoby dobrze oddać grę słów typu bucket-bouquet, jako że "węborek" pochodzi w prostej linii od greckiej amfory.

Pani Węborek więc, to współczesny odpowiednik naszej Dulskiej. To, co obie te panie łączy, to staranne omijanie, ostentacyjne niezauważanie, ignorowanie wręcz, spraw wiążących się z płciowością naszego gatunku. Ukrywa się ją w eufemizmach, ezopowej mowie i aluzjach, ale nigdy nie nazywa wprost.

Nieco inaczej jednak myśleli o tym dziennikarze zaangażowani w kampanię prezydencką w USA, gdzie - z potrzeby obrzucenia błotem kandydata demokratów, próbowano powtórzyć historię byłego już prezydenta i pewnej

Moniki o polskim nazwisku (nasi zawsze i wszędzie górą!).

Problem jednak był w tym, że historię taką, z braku realiów, tym razem trzeba było sfabrykować. Trafiło na młodą dziennikarkę, która - jak sama obecnie pisze - już po wszystkim usłyszała od jednego z "fabrykantów", że "zatrzęśliśmy drzewkiem i z tego, co zeń spadło, ty najbardziej pasowałaś do tej roli". Sama zainteresowana, gdy już wyszła z szoku spowodowanego rzekomą aferą, opisała wszystko w dość obszernym, ale wartym przeczytania, artykule Edukacja Aleksandry Polier w New York Magazine(http://newyorkmetro.com/nymetro/news/politics/national/features/9221/ - gdyby był niedostępny - mam kopię).

Jest tam wszystko tak charakterystyczne dla dzisiejszej prasy codziennej - szantaż, watahy fotografów koczujące przed domami, oszczerstwa, wprowadzanie w błąd w celu uzyskania potrzebnej wypowiedzi, manipulacja faktami, konfabulacje i kłamstwa, włamania do skrzynek poczty elektronicznej, cyniczna eksploatacja dobrej wiary, pogarda dla prawdy i co by tam kto jeszcze chciał z podobnego repertuaru.

I - na koniec - żadnych przeprosin czy rozterek, gdy wszystko okazało się tym, czym było od początku.

Widać - obie nasze panie, i Dulska, i Węborek, miały rację, uważając, że seks może wieść tylko do zguby (chociaż obie, jakimś dziwnym trafem, miały jednak własne dzieci). O tym, że tak może być, przekonał się niedawno prezes sporego europejskiego banku. Mimo to, odmiennego zdania zdają się być jego koledzy-prezesi z nieco innej branży - kto chce o tym wszystkim w tym miejscu przeczytać, musi jednak cierpliwie poczekać dwa tygodnie.

Dwa tygodnie, to aż 14 całych dni (chciałem napisać "dób", ale wzięte fonetycznie mogłoby to wieść do zbyt oczywistych - w kontekście tego felietonu - skojarzeń), więc - aż 14 długich dni dla tych, którzy pracują. I zaledwie 14 dni dla tych, którym chyżo umyka urlopowy czas, i którzy mają tysiąc zajęć bardziej sensownych (powtarzam: sensownych, przeinaczenia tego słowa na własną odpowiedzialność przeinaczającego!), niż czytanie jakichś tam felietonów.


TOP 200