Hash, tak!

Hasztagi, czyli po naszemu mówiąc: znaczniki, zrobiły w ostatnim czasie furorę za sprawą mediów społecznościowych, gdzie pełnią rolę zwyczajnych słów kluczowych. Cóż, niech i tak będzie, skoro musi.

Znak hash towarzyszył komputerom od dawna. Nie wiem, czy od zarania ich dziejów, ale pamiętam doskonale pierwszy polski edytor o nazwie Tag, zresztą bardzo udany i wygodny jak na owe czasy. Z początkiem lat 90., gdy mikrokomputery zaczęły demoralizować społeczeństwo, problemem wielu stało się opanowanie nazewnictwa występującego w tej nowej technologii oraz opanowanie podstaw posługiwania się sprzętem.

Miałem wówczas jako fuchę prowadzenie zajęć z informatyki na modnym wtedy kierunku zarządzania, w jednej z tworzących się gęsto niepublicznych szkół wyższych. Studenci byli informatycznymi dyletantami i często pierwszy raz mieli styczność z komputerem właśnie na tych zajęciach. Cóż, były to czasy, gdy tablety nie walały się na wystawach sklepowych. Okiełznanie klawiatury było więc dla niektórych wysiłkiem nie lada, a rozróżnienie pomiędzy działaniem klawisza Del i Backspace nieomal nie do ogarnięcia przez semestr nauki.

Zobacz również:

O pojęciach takich jak serwisy webowe czy poczta elektroniczna (występowały, ale nie powszechnie) bezpieczniej było nie wspominać, aby nie zostać posądzonym o szerzenie satanizmu. Jednym z wyzwań było też wyjaśnienie sprawy tego znaku płotka na klawiaturze. Gdy tylko usłyszeli brzmienie oryginalne, od razu zapanowała wesoła i swojska atmosfera, gdyż większość z nich doskonale kojarzyła hasz. Jednym słowem, nie byli to pasjonaci informatyki na pewno, chociaż sądzę, że dziś hasze i tagi nie budzą w nich dziwnych uczuć i zżyli się z nimi podobnie jak z brifingami, targetami, dizajnami i całą resztą tego językowego paskudztwa. Sądzę nawet, że to właśnie ludzie tego pokroju obecnie forsują i wspierają obce trendy nazewnicze.

Przypominają mi się dawne batalie środowiska informatycznego o stosowanie polskiego nazewnictwa w branży. Raczej bezskuteczne. No, ale dotyczyło to branży dosyć hermetycznej. Za to teraz inne branże wylały cały kubeł pomyj językowych na szeroką publikę, gdyż branże te żyją z tego, że muszą epatować swoim jestestwem, bo inaczej klapa. Z drugiej strony podlegamy obcym zwyczajom, kulturze pracy i technologii, bo nie jesteśmy tego kreatorami, więc nie mamy na tym polu wiele do zaproponowania w ojczystym języku. Społeczeństwa anglojęzyczne mają więc już na starcie fory i nie muszą uczyć się języka obcego, aby kandydować do pracy w korporacji. Pomyśleć tylko, jaka byłaby jazda, gdyby to nasze wynalazki zdominowały świat. Język polski wszak do łatwych nie należy, o czym przekonują nas rzesze rodaków niepotrafiących poprawnie posługiwać się polszczyzną.