Gwizdy i oklaski

Wędrując po zasobach Internetu pozostawiamy ślady po sobie. Każde kliknięcie na stronie generuje informację, która może być następnie poddana analizie lub puszczona płazem. Bywają też miejsca, gdzie pozostawiamy wyraźniejsze ślady bytności. Są to komentarze pod artykułami.

Wędrując po zasobach Internetu pozostawiamy ślady po sobie. Każde kliknięcie na stronie generuje informację, która może być następnie poddana analizie lub puszczona płazem. Bywają też miejsca, gdzie pozostawiamy wyraźniejsze ślady bytności. Są to komentarze pod artykułami.

Zawsze zastanawiało mnie, co ludzi pcha do pisemnego komentowania. Przecież to wysiłek spory, gdyż trzeba otworzyć specjalny formularz, potem natrudzić się z klawiaturą, następnie sprawdzić poprawność ortograficzną, składniową, a na koniec zweryfikować, czy cały komentarz ma ręce i nogi oraz czy mniej więcej przystaje merytorycznie do komentowanego źródła. I ta ostatnia sprawa jest najistotniejsza, gdyż wymaga rzetelnego przeczytania ze zrozumieniem całego artykułu źródłowego, a nieraz sięgnięcia do dodatkowych źródeł, gdzie można zweryfikować trudniejsze pojęciowo fragmenty. Czasami zdarza się - bo różnego języka i stylu używają autorzy - że musimy do tekstu powracać wielokrotnie zanim wydamy opinię i wpiszemy ją jako komentarz. Widać z tego, że aby umieścić skromnej wielkości uwagę, trzeba nieźle się natrudzić. Ale jak widać chętnych do wyrażania własnego zdania nie brak.

Zgodnie z zasadą nieważne jak, byle mówili, lubię, gdy moje felietony są komentowane. Raczej z moimi recenzentami nie dyskutuję, chociaż muszę przyznać, że pewne komentarze wymagałyby osobnego potraktowania. Generalnie traktuję je jako pewnego rodzaju sondę, czy felieton został napisany zrozumiale (bo to najważniejsze), czego istotnego w nim nie zawarłem, czy moje poglądy bardzo odstają od opinii powszechnej. Przypuszczam, że każdy autor podchodzi do tego podobnie, chociaż bywają wśród nich zaciekli dyskutanci, broniący jak lwy swoich tez. Dla mnie znaczenie felietonu jest bardziej ulotne - to są rzucone, może nie na wiatr, ale w przestrzeń pewne słowa, które albo zakiełkują w czyichś umysłach albo sczezną. Nie traktuję siebie jako wyroczni, ani pomysłów moich jako rewolucyjnych, których musiałbym szczególnie bronić. Nie na darmo felietonistyka w Computerworld ukazuje się w dziale opinie, a nie na przykład w dziale idee i wynalazki. Jestem takim samym opiniodawcą (może trochę bardziej wylewnym i systematycznym), jak i czytelnicy, którzy pisują komentarze.

Chciałbym jeszcze dodać, co podaje Wikipedia na temat definicji felietonu: "specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) napisany w sposób lekki i błyskotliwy, utrzymany w osobistym tonie, wyrażający - często skrajnie i złośliwie - wyłącznie ściśle prywatny punkt widzenia autora". Nad lekkością i błyskotliwością nie będę się rozwodził, co do złośliwości zaś, to w pełni się zgadzam, natomiast chciałbym uwypuklić, że jest to utwór krótki, więc z natury rzeczy nie może wyczerpywać zagadnienia. Wyjaśniam, bo od kiedy felietony goszczą również na portalu IDG, zdarzają się komentarze w rodzaju "jakiś krótki ten artykuł".

Zamieszczanie osobistych wypowiedzi pod opublikowanymi treściami ma niezaprzeczalne walory. Można wyładować swoje niezadowolenie, wyrazić aprobatę czy wreszcie podyskutować tematycznie z innymi czytelnikami, nie angażując w ten proces autora. Dla niego zaś jest to jak gwizdy lub oklaski po wykonaniu utworu. Komentujmy więc, byle tylko nie ograniczać się do opiniowania jednego zdania wyrwanego z kontekstu.