Góry i doły

Nie wiem, czyje w tej chwili jest górą i jak wysoko zaszła już licytacja, której poziom mierzy się w megabitach na sekundę.

A licytują się brytyjscy Konserwatyści z tamtejszą Partią Pracy. Taka współczesna odmiana wojny dwóch róż, Yorków i Lancasterów, prowadzonej w ramach wczesnej kampanii przedwyborczej. Jedni i drudzy uczynili tam sobie z Internetu rodzaj przysłowiowej kiełbasy wyborczej i obiecują tenże Internet nie tylko w każdym domu, ale jeszcze z dużą szybkością. Ale nawet jeżeli im się to uda, to i tak zapewne nie dościgną Południowej Korei, gdzie podobno wszędzie jest co najmniej 100 megabitów.

Nie pierwszy to zresztą brytyjski pomysł tego rodzaju, bo już kiedyś, jeszcze w czasach przed-internetowych państwo zafundowało tam obywatelom jednego z okręgów, szczególnie dotkniętego bezrobociem, telewizję na życzenie. Miałem okazję spróbować wtedy wersji testowej tego rozwiązania i muszę przyznać, że możliwość wyboru i swobodnego sterowania odtwarzaniem filmu na odległość, niczym w magnetowidzie (DVD jeszcze wtedy nie było), robiła duże wrażenie. Nawet jednak jeżeli były tam wtedy jakieś wybory, trudno przypuszczać, aby taka lokalna inicjatywa mogła mieć jakiś wpływ na ich wyniki.

Powszechność dostępu do Internetu interesuje również rząd włoski, chociaż tamtejsi złośliwcy dopatrują się w tym parawanu dla spraw i sprawek szefa. Ambitny zamiar przewiduje powszechność dostępu z szybkością 2 megabitów już pod koniec bieżącego roku, co ma być sfinansowane w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, i który to fakt - w kontekście tamtejszych uwarunkowań - jest przedmiotem kolejnych kpin i złośliwości.

Wygląda na to, że też i u nas Internet występuje w roli kiełbasy wyborczej i to nawet pod więcej niż jednym względem.

Mieliśmy, całkiem niedawno, inicjatywę "światłowód w każdym domu i mieszkaniu", czy, jak to się określa na świecie - FTTH (Fiber-To-The_Home), a teraz głośna robi się sprawa Internetu we wschodniej części kraju. W nadziei jednych ma to zapewne utrwalić, a w oczekiwaniach drugich - zmienić mapę sympatii wyborczych, która w Polsce ciągle, z wyborów na wybory, pokrywa się dość dokładnie z podziałem Niemcy (terytoria kiedyś niemieckie + zabory), kontra reszta kraju.

Różne nasze organizacje i ugrupowania społeczne, o celach na co dzień nie zawsze tożsamych, ale zjednoczone związkiem z Internetem i widmem wspólnego zagrożenia, za duży sukces uważają zaproszenie do dyskusji z Premierem i - w jej wyniku - zapowiedź tego ostatniego wycofania obecnej postaci projektu ustawy o tzw. Rejestrze Stron i Usług Niedozwolonych, w rzeczywistości wprowadzającej spory zakres pozasądowej kontroli i ograniczania dostępu do Internetu.

W tej jedności stanowiska dopatrywano się nawet, rzadkiego u nas, przejawu istnienia i zwycięstwa idei społeczeństwa obywatelskiego. Jakoś trudno mi dostrzec w tym realne zwycięstwo, bo jakaś ustawa jednak ma być, a zjednoczone sprzeciwem środowiska dały się, na co wygląda, wciągnąć do współpracy przy jej tworzeniu. To trochę tak, jakby krytyk muzyczny, niezbyt w swej zachwycony występem artysty, przejął się odzewem "to sam zagraj lepiej!" i rozpoczął pilną naukę gry na tym samym, co ten artysta, instrumencie.

Od stanowienia prawa mamy polityków i będące na ich usługach biura prawne oraz sztaby całe prawników i ekspertów. A tak, społecznie współtworzony projekt ustawy trafi w młyny parlamentarne i przejdzie przez tamtejsze koła i komisje, a stronnictwom społecznym, zdumionym (o ile nie zbulwersowanym) ostatecznym jego kształtem, zawsze będzie można powiedzieć: przecież przy tym byliście i maczaliście w tym swoje łapki, więc o co wam teraz chodzi?


TOP 200