Golf, jeździec i filiżanka

Trafiliśmy kiedyś, kolega i ja, na praktykę do ośrodka obliczeniowego instytucji brytyjskiej, która, jak się okazało, realizowała wówczas ważne i tajne prace na rzecz NATO. Wcale nie był to nasz wybór, ale zapowiedź przyjazdu dwóch facetów zza żelaznej kurtyny spowodowała tam spore zamieszanie.

Trafiliśmy kiedyś, kolega i ja, na praktykę do ośrodka obliczeniowego instytucji brytyjskiej, która, jak się okazało, realizowała wówczas ważne i tajne prace na rzecz NATO. Wcale nie był to nasz wybór, ale zapowiedź przyjazdu dwóch facetów zza żelaznej kurtyny spowodowała tam spore zamieszanie.

Już po kilku chwilach na miejscu zorientowaliśmy się, że przydzielony nam opiekun o komputerach wie mniej niż mało, ale za to nie spuszcza nas z oka, więc gdy my na kawę do kantyny - on za nami, my na obiad do stołówki - on krok w krok i zawsze przy naszym stoliku.

Któregoś dnia okazało się, że starsza pani, która dwa razy dziennie rozwoziła tam po biurach kawę, to Polka z pochodzenia, z przedwojennej jeszcze emigracji. W trakcie rozmowy (gdy mówiła po polsku, miała bardzo archaiczny akcent i takiż zasób słów) zaprosiła nas do siebie, do domu, na kolację, a do hotelu miał po nas przyjechać jej mąż. Nie przyjechał jednak i pani tej do końca naszej praktyki już nie zobaczyliśmy (słyszeliśmy tylko, że widziano ją potem w niedostępnym dla nas, odległym o jakiś kilometr bloku).

Nasz "opiekun" był, co oczywiste, przy naszej z nią rozmowie i zapewne niczego z niej nie rozumiał, więc tym bardziej ten nasz kontakt z osobą, która miała dostęp do wszystkich biur z szyfrowymi zamkami, był w jego ocenie wysoce podejrzany, a wspólnota kraju pochodzenia zapewne też nie była bez znaczenia.

Tak czy inaczej - to język właśnie jest jednym z podstawowych problemów dla wszelakiej maści agentów wywiadów, gdy próbują oni uchodzić za tubylców. Nawet ślad obcego akcentu wydaje się podejrzany, o ile nie od razu demaskujący. Nikt też nie weźmie za swego człowieka o odmiennym kolorze skóry czy rysach twarzy. Zostają wtedy do dyspozycji tajni agenci, tacy jak nasz "opiekun" z praktyki, udający informatyka.

I takich zapewne, którzy pod każdym względem mogą uchodzić za "swoich", mają na myśli amerykańskie służby wywiadowcze ogłaszając, że poszukują kandydatów za znajomością narzeczy, którymi mówi się w Iraku. Na potrzeby zaś swych służących tam wojskowych, opracowano w USA, przy wydatnej pomocy firmy IBM, przenośne urządzenie tłumaczące, które wykonuje podobno swe zadanie na bieżąco (tzn. słucha w jednym, a mówi w innym języku). Ma to być najnowsze, super-hiper, urządzenie tego rodzaju.

Jestem sceptykiem, jeśli chodzi o takie urządzenia, bo co takiego jest największym problemem w rozumieniu wypowiedzi w obcym języku z jakimś nietypowym jeszcze akcentem? Największym otóż problemem jest właściwy podział tego, co się słyszy, na pojedyncze słowa, a w niektórych wypowiedziach przecież, również po polsku, słowa tak się zlewają, że nawet ziomkowie miewają z tym trudności. Wątpię więc, czy najlepsze nawet automaty właśnie z tym sobie poradzą. A poza prostym podziałem na słowa jest jeszcze przecież bogactwo form, kontekstów, skróty myślowe, przenośnie itd. Jak odróżnić w potocznej, średnio wyraźnej wypowiedzi ti-bi (od tuberculosis) od ti-wi, czyli telewizji, nie uwzględniając kontekstu wypowiedzi?

Widziałem i słyszałem w działaniu wiele już programów do automatycznego tłumaczenia i zawsze efekty ich działania najlepiej nadawały się do kabaretu.

Całkiem niedawno pewien nasz irlandzki kolega, chcąc się popisać, czy zrobić nam uprzejmość, przysłał nam wiadomość, którą poddał wcześniej działaniu takiego automatycznego tłumacza z angielskiego na polski. Była tam m.in. mowa o trudnościach z rezerwacją miejsc w hotelu, bo w Irlandii odbywał się akurat słynny turniej golfowy Ryder's Cup. No i kto zgadnie jak jest Ryder's Cup po polsku? Nikt nie wie? Przecież to proste i oczywiste: jeździec filiżanki.


TOP 200