Głupie żarty i poważne problemy

Różne rzeczy trafiają na moje służbowe biurko. Trafiają między innymi anonimowe listy, w których to nad wyraz przejęty jakąś sprawą nadawca wydaje surowe wyroki. Listy te mają z reguły nad wyraz humorystyczną formę i tylko dlatego tracę czas na ich lekturę. Ostatnio jednak przytrafiła się nam inna przygoda. Też w kopercie.

Różne rzeczy trafiają na moje służbowe biurko. Trafiają między innymi anonimowe listy, w których to nad wyraz przejęty jakąś sprawą nadawca wydaje surowe wyroki. Listy te mają z reguły nad wyraz humorystyczną formę i tylko dlatego tracę czas na ich lekturę. Ostatnio jednak przytrafiła się nam inna przygoda. Też w kopercie.

W ostatnich tygodniach opublikowaliśmy w naszych raportach "Zarządzanie projektami" i "Inwestycje informatyczne" dwa artykuły Marka Dziduszko, które najoględniej mówiąc - jak Państwo pamiętają - stawiają diagnozę polskiego rynku systemów ERP. Nie jest to diagnoza zbyt optymistyczna, ale założeniem było, aby poruszając ten drażliwy temat, w jakiejś rozsądnej perspektywie osiągnąć stan bardziej optymistyczny. Nie sądzę, aby komukolwiek ze środowiska informatycznego na tym nie zależało. Skądinąd wiem, że artykuły te wywołały ożywioną dyskusję wśród dostawców systemów i ich użytkowników (aktualnych i tych zastanawiających się). Przyznam, że byłem niemal pewien, iż do redakcji nadejdzie przynajmniej kilka artykułów polemicznych. Nie nadeszły. Powodów może być kilka. Od braku czasu, przez uznanie wskazanych problemów za nieważne, do przyznania racji postawionej diagnozie (skoro nikt nie wystąpił w swojej obronie). Pracując dla dobra branży, mamy zamiar nadal przyglądać się tym zagadnieniom, może więc przyjdzie i czas na szerszą dyskusję.

O wspomnianych artykułach prawie więc zapomniałem, aż tu w pewien czwartkowy poranek otwieram przy swoim służbowym biurku kopertę, jak się okazuje, zawierającą całkiem obszerny tekst. U góry wymienione imię i nazwisko autora wraz z adresem (Ciechocinek), kilka słów wstępu "z pewnym opóźnieniem wpadł mi w ręce artykuł..." itd., na końcu odręczny podpis. Już z pierwszego zdania wiadomo było, że jest to polemika z jednym z wymienionych artykułów. Nareszcie ktoś zdobył się na odwagę, myślę. Czytam. Interesujące. Widać, że pisze człowiek dobrze zorientowany w problemie (momentami bardzo dobrze). Ponieważ zazwyczaj miewam uwagi do naszych nowych autorów, tak też i tym razem chciałem uściślić pewne wątpliwości. Autor nie podał, niestety, telefonu (co się rzadko zdarza). Nie było innego wyjścia, jak rozpocząć poszukiwania. W rolę śledczego wrobiłem redaktor Bartczak Iwonę, która bardzo się z tego nowego zadania ucieszyła. A jaka była jej radość, gdy wyśledziła, że pod podanym adresem w Ciechocinku znajduje się ośrodek wypoczynkowy (dla ścisłości o nazwie Janówka), a jego zarządca nigdy nie słyszał o nazwisku, którym podpisany był tekst. Cieszyła się jak dziecko z nowego roweru albo i bardziej. Ale śmiech, śmiechem, a tu ktoś usiłował ze strachu nabić nas w butelkę, pakując do koperty - muszę to przyznać - interesujący tekst. Najgorsze, że ze strachu!

Wydrukować, niestety, szanowny autorze nie możemy, bo nie drukujemy nawet anonimowych (brrr) listów. Gdyby jednak reprezentant któregoś z uznanych dostawców zintegrowanych systemów (poziom tekstu wskazuje na to jednoznacznie) zdecydował się na odwiedzenie redakcji i pokazanie twarzy, to ewentualność druku możemy jeszcze raz przemyśleć. Zapraszam. Może jak przestaniemy się bać dyskusji o tym co robimy, będzie jeszcze lepiej. Tak bardzo przecież byśmy chcieli...

Na koniec dodam jeszcze jedno. Choć nasz anonimowy autor jest tak bardzo przestraszony (i przebiegły), fakt, że zabrał głos świadczy o tym, iż problemy poruszone w artykułach były bardzo trudne i ważne. Świadczy też o tym, że leżą mu one na sercu i stara się im zaradzić. Zasługuje przez to, aby wybaczyć jego żarty.


TOP 200