Gdzie kończą inni?

Zastanawiałem się niedawno, co najbardziej cenię u ludzi, z którymi pracowałem przez ostatnie dziesięć lat. Pośród wielu powszechnie znanych cech, jak rzetelność, otwartość, pogoda ducha, błyskotliwa inteligencja i dystans do siebie samego lub siebie samej, jest coś jeszcze, co trudno zdefiniować jednym słowem.

Zastanawiałem się niedawno, co najbardziej cenię u ludzi, z którymi pracowałem przez ostatnie dziesięć lat. Pośród wielu powszechnie znanych cech, jak rzetelność, otwartość, pogoda ducha, błyskotliwa inteligencja i dystans do siebie samego lub siebie samej, jest coś jeszcze, co trudno zdefiniować jednym słowem.

Cenię ludzi - zarówno menedżerów, jak i informatyków - którzy zaczynają tam, gdzie inni kończą. Cenię "krok wstecz" i krytyczny rzut oka na siebie samego oraz przeszłość i sekundę refleksji nad każdą decyzją, każdym działaniem i jego rzeczywistymi oraz potencjalnymi skutkami.

Pewnie ten i ów zagmatwał się w powyższych sformułowaniach, przytoczę więc konkretny przykład, który miałem okazję obserwować w początkach mojej kariery. Administrowałem wówczas systemem w organizacji mniej więcej stuosobowej, pracującej pod dość dużym reżimem czasowym. Raz na miesiąc serwer sam z siebie się restartował. Jeśli działo się to w godzinach pracy, po 5 minutach odbierałem telefon od zaniepokojonego dyrektora. A przywrócenie normalnego funkcjonowania systemu po restarcie serwera trwało minut 15...

Uważałem to za sytuację na tyle nieszkodliwą, że niewartą zachodu, ale kiedyś zwierzyłem się zaprzyjaźnionemu inżynierowi automatykowi. Tadeusz sprawę potraktował bardzo serio; najpierw zażądał ode mnie danych o godzinach restartu i odkrył pewien trend: cykl między restartami był stały i wynosił niecałe 25 dni kalendarzowych. Wystarczyło jednak w 24 dniu zresetować serwer, by mieć zagwarantowane kolejne 25 dni spokoju. I znowu - ja w tym momencie po prostu machnąłbym ręką na dalsze poszukiwania i ustawił sobie budzik na za 24 dni, ale Tadeusz nie dawał mi spokoju i kazał szukać przyczyn dalej. Po dłuższym dumaniu znalazłem ją: restarty następowały po 2 147 483 648 milisekundach; w systemie operacyjnym musiał być więc licznik zapisany na 32-bitowej liczbie ze znakiem, który po prostu się przepełniał, powodując restart całego komputera. Przekazaliśmy tę informację producentowi systemu i w najbliższej "łatce" znaleźliśmy informację o naniesionej poprawce. Dodam jeszcze dwie rzeczy, które dla każdego informatyka powinny być oczywiste: pierwszą, że system nie resetował się od tej pory sam z siebie; drugą, że pies z kulawą nogą nie podziękował nam za zwiększenie stabilności serwera.

Tę samą refleksję i wytrwałość, którą wtedy zaobserwowałem u Tadeusza, potem widziałem u dobrych menedżerów. Jeżeli cokolwiek niedobrego dzieje się w firmie z informatyką, dają specjalistom rozwiązać problem i wtedy dopiero zaczynają się zastanawiać. Dlaczego tak się stało? Co było przyczyną bezpośrednią i czy istnieją jakieś przyczyny pośrednie, dla których owa przyczyna bezpośrednia zadziałała? Jeśli zawiedli ludzie, jak możemy im pomóc, żeby w przyszłości nie popełnili błędu? Może pracowali ponad siły, może nie mieli dostatecznych kwalifikacji, a może nie rozumieli kontekstu biznesowego swoich działań, albo zabrakło im odrobiny rzetelności? Rzecz w tym, by uchwycić sedno problemu, nie jego zewnętrzne objawy.

Obserwuję w przedsiębiorstwach tryumfy jakie święci menedżer-pistolet, który najpierw krótko myśli, potem szybko działa, a gdy coś idzie nie tak - idzie na front i haruje jak wół, żeby kosztem wolnego czasu nadrobić zaległości. Myślę, że ten model na dłuższą metę się nie sprawdza. Szanuję ludzi, którzy spełniają się w działaniu, ale jeszcze bardziej tych, których cechuje krytyczny rzut oka, refleksja i przewidywanie skutków każdej decyzji, zanim ją podejmą.