Gabinety figur

Pan Stanisław jest od trzydziestu lat kierowcą w państwowym przedsiębiorstwie, o którym głośno jest od kilku lat, bo pieniędzy mu na wszystko brak. Ostatnio nawet zmieniono w przedsiębiorstwie tym prezesa, o czym Pan Stanisław, pracując w prowincjonalnym oddziale tegoż przedsiębiorstwa, nawet nie wiedział.

Pan Stanisław jest od trzydziestu lat kierowcą w państwowym przedsiębiorstwie, o którym głośno jest od kilku lat, bo pieniędzy mu na wszystko brak. Ostatnio nawet zmieniono w przedsiębiorstwie tym prezesa, o czym Pan Stanisław, pracując w prowincjonalnym oddziale tegoż przedsiębiorstwa, nawet nie wiedział.

Wiedział natomiast Pan Stanisław, że "wszyscy biorą, tylko ryby nie biorą", bo ryby miałem przyjemność z Panem Stanisławem łowić w jedno wakacyjne popołudnie. Ryb było mniej niż butelek po piwie, ale za to opowieści o kolejnych szefach Pana Stanisława, których ten był kierowcą, było co nie miara. Z opowieści tych wyciągnąłem jeden wniosek: gabinet szefa powinien wyróżniać się czymś szczególnym, czymś, co nie pozwoli o nim zapomnieć odwiedzającym go gościom. To być może jest nie odkryta jeszcze przez specjalistów od marketingu zasada promocji firm i osób.

Pomyślałem sobie jednak, że warto sobie przypomnieć - co ciekawe, nie wymagało to wielkiego wysiłku głowy (sprawdza się więc ta zasada marketingu) - gabinety szczególne. Modne są dziś akwaria i nie wiem, czy ze względów estetycznych, czy dlatego że coś się jednak w gabinecie wyposażonym w taki sztuczny akwen dzieje, czy też dlatego że rybki działają kojąco i usypiająco. Jest faktem, że akwarium nietrudno spotkać dziś w niejednym gabinecie szefa. Ale jedno akwarium na nikim nie robi już wrażenia. Wrażenie zrobił na mnie gabinet pewnego dyrektora z lat osiemdziesiątych, w którym to akwariów było tyle, ile w sklepie zoologicznym. Dyrektor ten, gdy rozmawiał z gościem, niestrudzenie dokarmiał i pielęgnował swe pływające cuda. Inny prezes prywatnego przedsiębiorstwa z Pomorza hodował w gabinecie gołębie (zamiłowanie to zostało mu z czasów wiejskiej młodości, jak wyznał, gdy jako młody dziennikarz - tu przyznaję, nie interesowało mnie jego przedsiębiorstwo, a wyłącznie gołębnik w jego gabinecie - udałem się do niego z wizytą pod wymyślnym pretekstem, nie pamiętam już jakim). Okazało się, że gołębie nie latały prezesowi nad głową i nie siedziały na oparciu fotela, co mnie rozczarowało, ale w gabinecie prezesa jedna ze ścian była szklana, a za tym właśnie szkłem było wnętrze gołębnika, a w tym wnętrzu żywe gołębie.

W historii wnętrzarstwa gabinetowego muszę też odnotować gabinety monopolowe. Zwiedzić miałem okazję dwa takie gabinety (wszystkie inne kwalifikowały się do kategorii budek z piwem). Te dwa natomiast mogłyby posłużyć jako dobry początek w prowadzeniu monopolowego sklepu. Dodać trzeba, że ich właściciele byli nie tylko kustoszami, ale i smakoszami swych zbiorów. Nie mogę pominąć też gabinetów erotycznych. Tych jest sporo choćby z powodu kalendarzy, na których poza piękną, albo i nie, panią widnieje nazwa kierowanej przez prezesa firmy. Jeden jednak gabinet erotyczny szczególnie utkwił mi w pamięci, gabinet szefa centrali handlowej, w którym to gabinecie oprawione były w zdobione ramy wszystkie kalendarze wydrukowane za jego kadencji (kadencja była długa). Zwróciło moją uwagę mianowicie to, że z biegiem lat (początek był gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych) panie na kalendarzach, które prezes ów traktował jak dzieła sztuki, były coraz skromniej odziane. Z kalendarzy tych wyraźnie można było zaobserwować nadchodzącą odwilż, małymi krokami, ale jednak. Pani z kalendarza z początku lat dziewięćdziesiątych była po prostu naga, co oznaczać miało najprawdopodobniej, że osiągnęliśmy to, co chcieliśmy.

Spotykałem też gabinety muzea (cenne malarstwo, zegary), gabinety ekspozycje (poroże, broń, a wszystko w dużej liczbie). Siedziałem w gabinecie z fontanną pośrodku, z płynącą ścianą, z łazienką wyposażoną w wannę i prysznic za ścianą. Efekt z przebywania w tych gabinetach był jednak niewspółmierny do gabinetu prezesa, który gabinet swój wyposażył w minipole golfowe. Pomieszczenie było oczywiście odpowiednich rozmiarów i gdy prezes poczuł się zmęczony, rozwijał sztuczną trawkę, ustawiał dołeczek i ze stojaka wyciągał kij. I pyk.

Gdy zwinęliśmy wędki z Panem Stanisławem, zacząłem zastanawiać się nie tylko nad tym, co jutro łowić, ale również nad tym, jakie są powody tych dziwnych, ale sympatycznych pomysłów. Niczego wielkiego nie wymyśliłem poza tym, że to pokaz władzy i fakt budowania czegoś, czego nie można zbudować w domu, a można zbudować w firmie i za firmy pieniądze. Wystrój gabinetów szefów, jak głoszą mistrzowie zarządzania, ma oczywiście - i tego nie możemy tu pominąć - znaczenie ze względu na ich pozycję w firmie. Szkoda, że dziś znaczenie to podkreślają coraz częściej najdroższe i najnowocześniejsze meble. Ale i tak dobrze, że mija era gabinetów komputerowych, w których komputer - podobnie jak obraz - był eksponatem.