''FiUT''

Właściwie to przestałem chodzić do kina jakiś czas temu. Zdziwionym znajomym, gdy pytają dlaczego zachowuję się tak dziwnie, odpowiadam trochę żartując, że prawdopodobnie człowiek ma skończoną pojemność rozrywkową. W moim przypadku ponad dwadzieścia lat oglądałem namiętnie filmy, jakie się tylko dało, aż któregoś dnia zrozumiałem, że niczego nowego nie mogę się już w kinie dowiedzieć.

Właściwie to przestałem chodzić do kina jakiś czas temu. Zdziwionym znajomym, gdy pytają dlaczego zachowuję się tak dziwnie, odpowiadam trochę żartując, że prawdopodobnie człowiek ma skończoną pojemność rozrywkową. W moim przypadku ponad dwadzieścia lat oglądałem namiętnie filmy, jakie się tylko dało, aż któregoś dnia zrozumiałem, że niczego nowego nie mogę się już w kinie dowiedzieć.

Ostatnio jednak znajomy wybierał się, aby pokazać żonie "Przeminęło z wiatrem". Okazja nadarzyła się, gdyż po prawie sześćdziesięciu latach od premiery tego hitu ktoś zauważył, że kolory jakby blakną. Wzięto się więc za negatyw z całą potęgą nowoczesnych metod komputerowych i podkolorowano starzejący się film. Przy okazji poprawiono też dźwięk. Tak podrasowany klasyk został wprowadzony na ekrany prawie równolegle z "Titanikiem". I nie przegrał.

Być może dlatego że wielu ludzi ma ciągle w pamięci pierwszy seans, na którym oglądali GWTW, jak pieszczotliwie skrócili nazwę kinomani. W moim przypadku nie było to wspaniałe kino z pluszowymi fotelami i orzeźwiającą wentylacją. Wręcz przeciwnie, przygody Scarlett oglądałem w czasie wakacji w tymczasowym wiejskim kinie, gdzie 16 mm projektor przywożono raz na tydzień z sąsiedniej wioski. Wozak-operator po drodze zachęcał do przyjścia, opowiadając fabułę. A zachęcać musiał, bez obowiązkowych dwudziestu osób seans bowiem nie mógł się rozpocząć. Czasami dokupywaliśmy dodatkowe bilety, aby spektakl w ogóle mógł się odbyć.

Żona znajomego, choć mieszka w Atlancie, klasycznego filmu o końcu Południa nigdy nie widziała. Jest to tym bardziej zdumiewające, że w dzisiejszych czasach kablówki i wypożyczalni kaset, a gdzie niegdzie także i DVD, jest czymś nie do pomyślenia, aby nie obejrzeć filmu, który jak dotąd przyniósł największe dochody w dziejach kinematografii. Nawet nie czytała powieści! Być może młodość spędzona w mormońskim otoczeniu pozwoliłaby ten fenomen zrozumieć.

A przecież "Przeminęło z wiatrem" wcale nie przeminęło. Po komputerowej reanimacji w dalszym ciągu bawi. Dziś już raczej nostalgią niż wspaniałością wystawy. Producent David Selznick nie miał do dyspozycji baterii setek komputerów, na których odtwarzano ostatnie chwile tonącego Titanica. Miał tylko rysowników i zręcznych operatorów, którzy wspaniale połączyli pierwszy plan z tłem, jak w Panoramie Racławickiej. Po współczesnych komputerowych poprawkach naprawdę trudno się zorientować, że większość scen była filmowana w atelier.

Widownia docenia jakość, ale przede wszystkim chyba inność narracji. To nie komputerowy montaż z migotliwych klipów MTV, w których nie wiadomo o co chodzi, tylko powolna, nieco jakby archaiczna opowieść powoduje, że banalna w gruncie rzeczy historyjka o nieznośnej panience z plantacji i wesołym twardzielu staje się dramatem. Ba, dla mnie zdumiewające okazało się podobieństwo wielu scen filmu do grottgerowskich ilustracji popowstaniowych. Może romantyzm wszędzie był taki sam?

Dzisiejsza młodzież powracającą falę zainteresowania wyciskaczami łez kwituje starym dowcipem: "Fiut to zainteresowań naszych skrót, film i uwentualnie telewizja". Po czym biegnie do kina, aby obejrzeć komputerowo wzmocniony obraz o tragicznej miłości panienki z bogatego domu i chłopca z nizin społecznych. Nic się nie zmieniło. Z komputerami czy też bez nich.