Fenomen Google

Narzędzie wyszło daleko poza zwykłą wyszukiwarkę, a zaczęło służyć do walki politycznej, stało się sprzymierzeńcem hakerów, dziennikarzy i wielu innych grup.

Narzędzie wyszło daleko poza zwykłą wyszukiwarkę, a zaczęło służyć do walki politycznej, stało się sprzymierzeńcem hakerów, dziennikarzy i wielu innych grup.

Chyba trudno dziś wskazać inną firmę niż Google, która dzięki bardzo konsekwentnej realizacji swojej strategii odniosłaby tak duży sukces, będąc jedną z najlepiej rozpoznawalnych marek Internetu. Myślę, że autorzy tego sukcesu, tworząc swoją wyszukiwarkę, nawet nie przewidywali, że ich narzędzie wejdzie do historii Globalnej Pajęczyny. Narzędzie, które wyszło daleko poza zwykłą wyszukiwarkę, a zaczęło służyć do walki politycznej, stało się sprzymierzeńcem hakerów, dziennikarzy i wielu innych grup. Wszystko dlatego, że swoje zadanie wykonuje po prostu dobrze.

Sprzymierzeńcem hakerów? Ostre słowa, powiecie Państwo, a wraz z wami prawdopodobnie pracownicy Google. No, niestety. Każde zadanie socjotechniczne rozpoczyna się od solidnego przeszukania i analizy publicznie dostępnych zasobów. Ale to tylko początek. Osoby leniwe, a chcące trochę narozrabiać, mogą wpisać po prostu "password filetype:xls". Ich oczom po chwili ukaże się lista kilkudziesięciu tysięcy plików Excela zawierających słowo "password", z których wiele zawiera także same hasła wraz z opisem kont, do których przynależą. Co ciekawe, w dystrybucji tego typu poufnych informacji przodują instytucje edukacyjne. Kto zawinił? Raczej nie Google. Wyszukiwarka po prostu pokazuje to, co jest publicznie dostępne. A że witryna ma nieodpowiedzialnego administratora... Stanowisko przedstawicieli Google w tej sprawie jest jasne (i słuszne): to webmaster powinien dbać o to, co zamieszcza na swojej witrynie.

Wspomniałem też o walce politycznej. Pewnie większość z Państwa próbowała wpisać słowo "kretyn" w Google. "Kretynka" też ma swoją znaczącą pozycję w wynikach wyszukiwania (nawet podwójną), podobnie "pedał", "siedziba szatana" i parę innych. To oczywiście nie tylko polska specjalność - ta technika nazywa się "Google Bomb" i polega na spamowaniu wyszukiwarek internetowych linkami, tak aby określona witryna znalazła się na jak najwyższej pozycji wyszukiwań niewiążących się bezpośrednio z jej zawartością. Takie działanie wprowadza w błąd system oceniający wartość witryn na podstawie odnośników, które do nich prowadzą. Wikipedia zawiera bardzo ciekawy i bogato ilustrowany artykuł poświęcony temu zjawisku - polecam lekturę (en.wikipedia.org/wiki/Google_bomb).

Prosta rzecz, a cieszy. Google nie atakuje reklamami flashowymi (przy których internauci mają test bystrości i zręczności w zamykaniu ich), nie jest przeładowany grafiką, dzięki czemu zyskał ogromną popularność wśród użytkowników Internetu w telefonach komórkowych i palmtopach. Podobno uzależnia. Słyszałem o osobach, które zamiast sprawdzać święta w kalendarzu, obserwują logo Google. Liczbę komputerów, w których Google funkcjonuje jako strona główna, myślę, że można liczyć w milionach. Czasownik "wyguglać" powoli wrasta w język polski, a w słownikach Merriam Webster Collegiate Dictionary oraz Oxford English Dictionary czasownik "to google" oficjalnie został opisany jako "to use the Google search engine to obtain information on the Internet". Natomiast Proceratium google to gatunek... mrówki, nazwanej tak na cześć wyszukiwarki (a konkretnie programu Google Earth) przez kalifornijskiego naukowca, który odkrył nowy gatunek na Madagaskarze. Jak widać, pomysłowość użytkowników nie ma końca, podobnie jak pomysłowość pracowników wyszukiwarki - na zdjęciu tablica rejestracyjna jednego z pracowników Google.


TOP 200