Fałszywka

Coś mi się wydaje, że na tym najlepszym ze światów zaczęła się Sodoma i Gomora. Otóż, przyzwoite serwery sieciowe, oferujące usługę zapisania się na listę dyskusyjną lub subskrybowania wiadomości codziennych, wymagają potwierdzenia woli zapisu przez wysyłanie listu zwrotnego, na który należy odpowiedzieć w ciągu kilku dni.

Coś mi się wydaje, że na tym najlepszym ze światów zaczęła się Sodoma i Gomora. Otóż, przyzwoite serwery sieciowe, oferujące usługę zapisania się na listę dyskusyjną lub subskrybowania wiadomości codziennych, wymagają potwierdzenia woli zapisu przez wysyłanie listu zwrotnego, na który należy odpowiedzieć w ciągu kilku dni.

W praktyce proste zabezpieczenie stanowi barierę nie do przebycia dla domorosłych hakerów, którzy oczywiście nie potrafią zmanipulować serwera pocztowego swojej ofiary. Dzieje się tak w przypadku serwerów PRZYZWOITYCH, jednakże na sieci można znaleźć tysiące miejsc, które z przyzwoitością niewiele mają wspólnego. Myślę tu nie tylko o przyzwoitości naturalnej, tj. wywodzącej się z przekonania, że nagość jest czymś grzesznym, ale także o przyzwoitości uogólnionej, tej która każe jednym wrzucać śmieci do kosza, a innym na chodnik.

W opisywanym przypadku bohaterką miała okazję stać się moja córka, panienka wcale nie gustująca w pornografii, jak całe pokolenie wychowane bez barier i tabu. Otóż, otrzymała ona list ze szwedzkiego serwera seksualnego z ofertą "gorących" CD-ROM-ów. Z kontekstu oraz zapisu danych osobowych na tymże serwerze było widać, że jakiś kolega-dowcipniś, nie zauważywszy, iż serwer jest przeznaczony dla mężczyzn, wpisał nie swój adres poczty elektronicznej. Dowcip jak dowcip, znam lepsze, tym bardziej że szwedzkie strony jednoznacznie adresowane są do żółtodziobów, oferując im instruktaż ginekologiczny, którego współczesne dziewczyny po prostu nie potrzebują, bo im rodzice wszystko co trzeba opowiedzieli w odpowiednim momencie.

Kolega-dowcipniś wyraźnie stchórzył: otóż zapisał się na serwer pod imieniem Tosiek, ale podał adres pocztowy koleżanki. Wszystkich przyzwoitych Tośków tą drogą serdecznie przepraszam, ale muszą ponosić konsekwencje piętnowania jednego tchórza.

Niestety, problem jest szerszy i bynajmniej nie incydentalny. Każdy nieprzyzwoity (w sensie uogólnionym) użytkownik może w sprzyjających okolicznościach spowodować jeszcze gorsze tarapaty. Dobry przykład pochodzi z instytutu mojej żony. Kolega odwiedził kolegę i - czekając aż ten umyje ręce - bawił się komputerem stojącym na biurku. Inny użytkownik pozostawił otworzony program pocztowy. Gość natychmiast wpisał znany sobie adres firmy udzielającej kredytów i spowodował konfuzję, trwającą kilka tygodni, gdy nieoczekiwanie obdarowywany usiłował wytłumaczyć, że żadnej pomocy finansowej nie potrzebuje.

Sprawa okazała się poważna, gdyż tzw. historia kredytowa jest w USA rzeczą świętą, a odmówiony kredyt może skomplikować życie na kilka lat (wiem coś o tym: jako osoba, która nigdy nie brała tu kredytów jestem rutynowo pozbawiany sklepowych kart rabatowych, gdyż nie figuruję w komputerach jako sumienny płatnik rat). Na szczęście stosunkowo łatwo udało się dojść, kto był autorem zapisu, choć ten wypiera się do dziś. Pisanie listu nie pozostawia, niestety, żadnych śladów na komputerze.

Nie mam wątpliwości, że sprawy podobne do opisanych będą się przydarzały do czasu rozpowszechnienia urządzeń autoryzujących dostęp do sieci (patrz felieton nr 78 oraz ostatnie wiadomości o japońskich czytnikach sprawdzających źrenice klienta bankowego). Tymczasem należy uzbroić się w cierpliwość. Albo przestać w ogóle używać komputera!


TOP 200