Faktura, czyli spisek moli i drwali

Któryś raz z rzędu przyszedł do mnie spam, a w nim oferta sprzedaży programu finansowo-księgowego. Mnogość tego typu oprogramowania zmusza mnie do zadania pytania fundamentalnego, które jednak za rzadko słyszę: po co komukolwiek faktury?

Któryś raz z rzędu przyszedł do mnie spam, a w nim oferta sprzedaży programu finansowo-księgowego. Mnogość tego typu oprogramowania zmusza mnie do zadania pytania fundamentalnego, które jednak za rzadko słyszę: po co komukolwiek faktury?

Mimo trzydziestu paru lat życia i dwóch lat funkcjonowania jako podmiot gospodarczy nie potrafię na to pytanie znaleźć odpowiedzi. Miliony osób zajmują się rzeczą absolutnie absurdalną, jaką jest obsługa faktur VAT, co przynosi astronomiczne wręcz szkody gospodarce. Jedyne wyjaśnienie, jakie mogę znaleźć, to jakiś ogólnopolski spisek. Postaram się dowieść tego w niniejszym felietonie.

Zajrzymy do rozporządzenia ministra finansów. Znajduje się tam bardzo dokładny opis tego, co faktura VAT powinna zawierać. Znajdziemy tam nazwę, adres (koniecznie z kodem pocztowym) i NIP firmy sprzedającej oraz kupującej towar i usługę, numer faktury, datę sprzedaży, formę płatności oraz listę sprzedawanych towarów i usług. Każdej pozycji powinna towarzyszyć klasyfikacja PKWiU oraz wynikająca stąd stawka VAT. Na koniec powinno się znaleźć podsumowanie kwot netto i brutto oraz podatku według poszczególnych stawek.

Nie kwestionując potrzeby rejestrowania obrotu, pozwolę sobie zauważyć, że zdecydowana większość tych informacji jest nadmiarowa (informatyk powiedziałby - redundantna) albo nieistotna. Projektant systemów, który przeczytałby taki opis, wyróżniłby dwa obiekty: faktura oraz pozycja na niej. W tym drugim obiekcie znalazłyby się tylko trzy informacje: nazwa towaru/usługi, klasyfikacja PKWiU oraz cena netto. Reszta byłaby albo słownikowana (np. stawka VAT powinna zostać ściągnięta z rejestru), albo wyliczana (np. kwota brutto). W pierwszym obiekcie wystarczyłoby umieścić oba NIP-y oraz datę sprzedaży, bo data wystawienia faktury to nic innego jak stempel czasowy w momencie powołania obiektu.

Reszta informacji, zauważmy, wynika z tych dosłownie kilku podstawowych. Urząd Skarbowy ma przecież rejestry wszystkich podatników według NIP oraz klasyfikację towarów i usług; mógłby więc online rejestrować fakt dokonania sprzedaży i na bieżąco konstruować z obiektów i ich atrybutów całą fakturę. Przedsiębiorca nie musiałby "wystawiać i księgować faktur", a organ podatkowy zdecydowanie łatwiej mógłby wykrywać rozmaite pomyłki i nadużycia, np. faktury wystawiane przez nieistniejącą firmę albo VAT naliczany według niewłaściwych stawek.

Można wskazywać palcem na ustawodawcę, który nie przewidział możliwości wystawiania faktur elektronicznych, ale wypada zapytać - dlaczego producenci oprogramowania księgowego nie dogadali się jeszcze w tej sprawie? Od paru miesięcy nie potrzeba wymieniać żadnych papierów, bo faktura nie musi być przez nikogo podpisywana - czemu zamiast wysyłać sobie papiery nie przekazać sobie po prostu np. plików XML, które każdy program odpowiednio zaksięguje? Dlaczego, u diabła, tak jest, skoro wszyscy - zarówno przedsiębiorcy, jak i organy państwa - skorzystaliby na elektronicznej rejestracji transakcji między podmiotami gospodarczymi?

Jedynym wyjaśnieniem jest jakiś spisek moli i drwali. Mole z całą pewnością są zainteresowane, by w setkach tysięcy przedsiębiorstw znajdowały się tysiące ton papierów dokumentujących transakcje handlowe, drwale zaś - by ściąć drzewa, na których - po ich przerobieniu - te zupełnie bezsensowne dokumenty będą drukowane. Działają zapewne w porozumieniu z właścicielami tartaków oraz producentami tonerów.

Niniejszym proponuję powołać nową komisję sejmową, aby koniecznie zajęła się zdemaskowaniem wpływowego lobby, jakim są mole i drwale.


TOP 200