Europa

Pewnych rzeczy poznanych w dzieciństwie i wczesnej młodości człowiek nie wyzbywa się nigdy. Moja Babcia do końca swych dni posługiwała się nazwami ulic Poznania z czasów Cesarza Wilhelma.

Pewnych rzeczy poznanych w dzieciństwie i wczesnej młodości człowiek nie wyzbywa się nigdy. Moja Babcia do końca swych dni posługiwała się nazwami ulic Poznania z czasów Cesarza Wilhelma.

Jej córka, a moja Mama, te same miejsca nazywała inaczej, mieszając nazwy przed- i powojenne. Ja sam zaś nie mogę pozbyć się tendencji do używania nazw, które istniały jeszcze niedawno, bo takie były dla mnie od zawsze.

Podczas jednego z pierwszych kursów programowania dostaliśmy zadanie zliczania kwot w starej walucie brytyjskiej (1 funt = 20 szylingów, 1 szyling = 12 pensów, ceny wyznaczane z dokładnoś-cią do 1/2 pensa). Zadanie to nie bardzo miało wówczas sens, bo Zjednoczone Królestwo właśnie co przeszło na system dziesiętny. Nasz wykładowca jednak uważał to przejście za pozbawione sensu, a właściwie nie samo przejście, lecz jeden ze wspierających je argumentów, że z systemem dziesiętnym będzie łatwiej komputerom.

Na podobny interes biednych komputerów powoływano się niedawno u nas, gdy wprowadzano w życie krajowy odpowiednik normy ISO 8601 (PN-90/N-01204), ustalającej zapis daty kalendarzowej w postaci rok-miesiąc-dzień. Nie odróżniano wtedy potrzeby znormalizowania wzajemnego położenia pór roku, miesiąca i dnia w dacie od tego, że dla człowieka najważniejszy jest dzień, gdyż właśnie on najczęściej się zmienia. Wszakże na pytanie: Którego dziś mamy?, odpowiadamy np. piętnastego, resztę daty traktując jako domyślnie oczywistą.

Moim własnym aktem nieposłuszeństwa wobec nadużywania wspomnianej normy było stosowanie zapisu z miesiącem wyrażonym słownie, czego, zapewne jako formy o wysokich walorach literackich, norma już nie regulowała.

Wracając do spraw brytyjskich - tuż po przejściu na system dziesiętny i metryczny, Anglicy powszechnie oskarżali handlowców o nadużywanie zmiany w celu zawyżania cen. Liczne komisje - społeczne, konsumenckie, obywatelskie i rządowe - prowadziły tam kontrole i dochodzenia, i jak to w takich przypadkach bywa - poza kilkoma drobnymi płotkami - nikogo nie złapały.

Od pewnego czasu już rachunki, paragony sklepowe i bilety, w Berlinie czy Wiedniu, miały po dwie ceny - jedną w walucie lokalnej i drugą w euro. Cały czas sprawiało to wrażenie zbędnego, nikomu nie potrzebnego kaprysu, aż tu nagle okazuje się, że to jest tuż, tuż...

Jest to też główna, obok dekoracji świątecznych, różnica, jaką zauważyłem podczas kolejnej, w ciągu kilku tygodni, wizyty w Dublinie. Liczne duże domy towarowe wyraźnie chcą dorównać tym z Oxford Street w Londynie, prezentując w oknach wystawowych sceny ze znanych bajek, odgrywane przez lalki o wzroście ludzi. Prawdziwe wrażenie jednak robią ceny, i to bynajmniej nie przez swą świąteczną wysokość, lecz przez to, że w wielu miejscach wyraża się je w jednostkach euro, dla waluty lokalnej pozostawiając mniej poczesne miejsce i mniejsze cyfry.

Operację zmiany jednych złotych na drugie przerabialiśmy niedawno sami. Spora grupa naszych współobywateli, a są pośród nich także osoby prowadzące firmy, ciągle liczy w "starej" walucie i nie potrafi bez chwili zastanowienia ocenić czy to dużo, czy mało, gdy podać im coś w nowych złotych. Dzieje się tak zapewne z tych samych przyczyn, o których mowa na początku tego tekstu w związku z nazwami ulic...

Irlandzcy koledzy twierdzą, że liczba i zakres zmian, jakich - w związku z walutą europejską - trzeba było dokonać w systemach informatycznych, znacznie przekraczała to, czego niedawno wymagał problem roku 2000. Teraz, podobnie jak wtedy, wszystko wydaje się gotowe i sprawdzone. Pozostaje czekać na godzinę zero.

Niby nie nasze zmartwienie, ale jednak trochę żal, że to jeszcze nie my...


TOP 200