Etiuda a la W. (2)

Śnieżyca w południowej i zachodniej Polsce sparaliżowała tamtejsze lotniska. Jechał więc taksówką z Okęcia na Dworzec Centralny, by stamtąd udać się do Wrocławia, gdzie nazajutrz miał wystąpić na konferencji informatycznej. Kupił bilet, pokręcił się trochę przy dworcowych straganach z książkami i poszedł na swój peron.

Śnieżyca w południowej i zachodniej Polsce sparaliżowała tamtejsze lotniska. Jechał więc taksówką z Okęcia na Dworzec Centralny, by stamtąd udać się do Wrocławia, gdzie nazajutrz miał wystąpić na konferencji informatycznej. Kupił bilet, pokręcił się trochę przy dworcowych straganach z książkami i poszedł na swój peron.

Wkrótce nadjechał pociąg. W jego przedziale miejsce przy drzwiach zajmowała młoda kobieta. On miał miejsce po przeciwnej stronie, przy oknie. - To pociąg do Wrocławia? - zapytała. Odparł, że tak i wyraził zdziwienie, że tak mało podróżnych. - Niech się pan przedwcześnie nie cieszy, z pewnością jeszcze przyjdą.

W jej głosie było tyle jakiejś rezygnacji, smutku czy żalu, że aż zmusiło go to do spojrzenia na nią: w jej oczach i twarzy było tego jeszcze więcej. To nie był zwykły, przemijający smutek, taki, jak gdy coś się komuś nie uda, to był smutek graniczący z beznadziejnością, głęboki, który musiał trwać od dawna.

Poruszyło go to do głębi - odbierał to nawet jak zakłócenie własnej równowagi psychicznej i odczuł przemożną potrzebę jej przywrócenia. Próbował nawiązać rozmowę, ale ona zbyła go byle czym, a gdy mówiła, patrzała niby na niego, ale jednocześnie przez niego, jakby jego twarz była przezroczysta.

Wkrótce zjawili się, niemal jeden po drugim, dwaj mężczyźni i zajęli wolne miejsca w jego rzędzie. Ten przy drzwiach zaraz zaczął coś pisać, a ten drugi założył do uszu słuchawki, których przewód kończył się w kieszeni jego bluzy.

Sięgnął po komputer. Nie wiedzieć dlaczego, otwarcie trzymanego na kolanach komputera było dla niego zawsze aktem pewnego ekshibicjonizmu, jakby zaprezentowaniem wobec otoczenia zastępczego symbolu męskości. Doznawał tego uczucia od dawna i mimo tego, że jego organizm funkcjonował perfekcyjnie w każdej sytuacji i żadne namiastki nigdy nie były mu potrzebne.

Przede wszystkich jednak nie dawał mu spokoju ten smutek i ta rezygnacja w jej głosie i twarzy. Toteż co chwila ukradkiem spoglądał na nią, to w szybie, to wprost. W którymś momencie zauważył też, jakby i ona mu się przyglądała spod lekko przymkniętych powiek. Chciał się nawet do niej odezwać, ale wiedział, że w obecności innych i tak będą to banały i ogólniki.

Gdy minęli Leszno, zamknął i odłożył ten swój symbol męskości z poczwórnym procesorem i niemal bez przerwy patrzył na jej twarz, a im więcej patrzył, tym bardziej nie potrafił się odezwać.

Gdy konduktor niewyraźnie zapowiedział stację Wrocław-coś-tam, zdał sobie sprawę, że jeszcze trochę, a nie zobaczy jej już nigdy więcej. Nagle ona zaczęła się zbierać. Postanowił, że wysiądzie razem z nią. Po chwili szli już po dwóch stronach długiego, dość wąskiego peronu, to zwalniając, to przyspieszając, jakby dając sobie wzajemnie tę ostatnią szansę. Przy wyjściu z tunelu stało kilka osób, a ona podeszła nagle do jakiegoś mężczyzny, który pocałował ją w policzek.

Nigdy potem nie mógł pojąć, jak to się mogło stać, że ten gest powierzchownej czułości tak go poruszył, że nieostrożnie stąpnął na zbity, zlodowaciały śnieg, nogi uciekły mu do przodu i poleciał...

Gdy się ocknął, czuł ból w głowie i że przesadnie mocno trzyma torbę z komputerem. Otworzył oczy i tuż, tuż nad sobą ujrzał cały ten smutek. - Nic się panu nie stało, prawda? - spytała. - To mój brat - wskazała na mężczyznę, który ją przed chwilą witał. - Pomożemy panu wstać i odwieziemy pana, tylko niech pan powie dokąd.

- Brat... - wyszeptał i znów pogrążył się, tym razem w błogim, niebycie. Nie wiedział jeszcze, że zawartość kurczowo trzymanej torby, nie przeżyła jednak zderzenia z chodnikiem, gdy zamachnął się odruchowo, bezskutecznie próbując ratować równowagę.