Elektryka i jej użytkownicy...

Gdy słyszę ''informatyka i jej użytkownicy'' widzę, co w tytule. Ojciec rewolucji światowej miał ponoć wizję: komunizm = elektryfikacja + władza rad. I stało się jasno, o czym było w szkole. Na szczęście władzę rad skasowano na rzecz demokracji (wielu wciąż nie rozumie różnicy), a komunizm na wszelki wypadek uznano za system zbrodniczy.

Gdy słyszę ''informatyka i jej użytkownicy'' widzę, co w tytule. Ojciec rewolucji światowej miał ponoć wizję: komunizm = elektryfikacja + władza rad. I stało się jasno, o czym było w szkole. Na szczęście władzę rad skasowano na rzecz demokracji (wielu wciąż nie rozumie różnicy), a komunizm na wszelki wypadek uznano za system zbrodniczy.

Po dziejowych przekształceniach wychodzi, że elektryczność mamy dzięki temu, że od komunizmu odjęliśmy władzę rad. Przedstawiona formuła nie stosuje się do informatyki. Po odjęciu od komunizmu władzy rad nijak nie wyjdzie nam , chyba że zapomnimy zupełnie o komunizmie. Na to nie zanosi się, niestety. Wszelkie analogie z myślą rewolucyjną są zupełnie bez sensu.

Znowu będzie o kształceniu, w którym zmiany owszem są, jednak są zbyt powolne, żeby móc je zaobserwować gołym okiem. Zmiany tymczasem są naglące, a stracone ostatnie 10 lat już zaczyna przynosić straty. Władze zaś zapowiadają, że nic jednak nie trzeba zmieniać. System jest zgodny z polską tradycją (?), zapewnia jakość badań i kształcenia (?), oszczędza nakłady (?) dzięki eliminowaniu "niepotrzebnej biurokracji" (np. dokumentacji programów studiów czy referatów, artykułów, a nawet podręczników). Podejmuje się przy tym okazjonalne próby dalszego doskonalenia programów studiów w celu ich dostosowania do warunków demokracji i wolnego rynku oraz sprostania wyzwaniom nowoczesności, a także dostosowania się do wymagań Unii Europejskiej. W efekcie mamy programy jak gdyby nowe, chociaż zgodne z tradycją ustanowioną w latach 70. Programy te, coraz nowocześniejsze, nie mają żadnej weryfikacji: ani instytucji profesjonalnej, ani tzw. praktyki gospodarczej. Ale uwaga: dają (?) wiedzę (?) za darmo (?), jak każe konstytucja. Istny cud.

Strategia stworzona przez Kongres Informatyki Polskiej (1995) zaleca "wykonanie rzetelnego przeglądu stanu informatyki... pod kątem nowoczesności programów nauczania, liczebności i przygotowania kadry ..." No i co? No i nic. Nie zrobiono tego i słusznie. Tego rodzaju akcje są działaniem pozornym i dopóki nie będzie woli zmian, dopóty takie zabiegi służą co najwyżej do oszukiwania ludności. Jeżeli nasze uniwersytety (i inne uczelnie) zamierzają osiągnąć/odzyskać/utrzymać poziom światowy, powinny skorzystać z dostępnych informacji (nie wiedzy). Jeśli taka instytucja wypełni wymagania i opłaci audyt (przegląd), będzie mieć placet instytucji o najwyższym autorytecie w dziedzinie informatyki. Trzeba więc nawiązać kontakt z CSAB (Computing Science Accreditation Board - [email protected],http://www1.acm.org/~csab/ . Sporo mówi się ostatnio o instytucji akredytacji i aż dziw, że nie wprowadzili jej jeszcze informatycy.

Jest też bardzo ważna dziedzina informatyki zaliczana często do dziedziny zarządzania: systemy informacyjne. Istnieją zalecenia i wzorcowy program kształcenia opracowany przez zespół desygnowany przez AIS (Association for Information Systems), ACM, AITP, IFIP i in. Pięciu profesorów (G. Davis, J. Gorgone, J. Couger, D. Feinstein i H. Longenecker Jr.) opracowało IS '97 Model Curriculum and Guidelines for Undergraduate Degree Programs in Information Systems. Jest ono dostępne na siecihttp://webfoot.csom.umn.edu/faculty/gdavis/curcomre.pdf . Wystarczy ściągnąć, zaznajomić się, (nawiązać kontakty), stworzyć zespół, dostosować i wprowadzić, a następnie uzyskać akredytację. Dlaczego więc tego nie mamy w naszych uczelniach, skoro to takie proste? Na Zachodzie o akredytację programów nie ubiegają się uniwersytety najlepsze (i tak ich poziom jest poza zasięgiem) oraz najgorsze (nie mają szans).


TOP 200