Ekonomia prezentów, czyli regifting idei

Kilka tygodni temu felieton o mym braku zrozumienia biznesowego modelu ruchu open source doczekał się sporej burzy dyskusyjnej.

Chcąc nie chcąc, postanowiłem ustosunkować się do głosów zwolenników owego ruchu. Zacznijmy od tego, że jak to napisał Jarosław Lipszyc, dobrze wiem, co to jest ruch wolnego oprogramowania. Ba, w czasach, gdy większość moich adwersarzy bawiła się w piaskownicy, pisałem takie oprogramowanie. Wystarczy zguglować "ORNL + Tatarkiewicz", a okaże się, jakie to były programy. W przeszłości nie dorabiano ideologii do pisania programów. Szczególnie nie robiono tego w świecie akademickim. Ale oprogramowanie owo nie było, w dzisiejszym znaczeniu, oprogramowaniem użytkowym. Było raczej podobne do . Na przykład biblioteka CERN LIB była dostarczana za darmo do większości instalacji komputerowych jako część systemu.

Jeśli myślimy o wolnym oprogramowaniu, to jest ono darmowe z definicji, bo każdy przecież może wykorzystać IP w nim zawarte. Problem zaczął się od słynnego listu Billa Gatesa z lutego 1976 roku do kolegów hobbystów. To Gates zauważył, że w kodzie zawarta jest wartość, którą można sprzedawać. Reakcją na to komercyjne podejście do IP był GNU Project. Richard Stallman, który wymyślił ten projekt, jest dziwnym człowiekiem: do roku 1984 żył kątem w MIT, jak klasyczny squatter. Potem też nie wiadomo z czego, aż do czasu gdy stał się sławny. Ale to jest przypadek, który potwierdza regułę.

Niedawno obejrzałem film "Revolution OS". Widać w nim jak na dłoni zasadnicze różnice między konsyliacyjnym stylem Torvaldsa i profetycznym Stallmana. Dziś, oglądając przepychanki obu panów o to jak nazywać Linuksa, nieomal słyszymy drwiący śmiech historii. Firma VA Linux Systems, która akurat zrobiła IPO w czasie kręcenia filmu, bardzo prędko zbankrutowała. Poprzedni felieton pisałem w okresie, gdy firma SUN dezawuowała opinię o zbyt małej liczbie inżynierów, pracujących nad projektem OpenOffice. To ta informacja skłoniła mnie do zabrania głosu. Widać niezbyt jasno wyraziłem się. Zaraz dostałem po głowie, bo zwolennicy ruchu wolnego oprogramowania są bardzo agresywni w głoszeniu swej ewangelii. W jej obronie walą cepami gdzie popadnie.

Skuteczność tzw. twórczości prezentowej, reklamowanej w przywołanej przez jednego z Czytelników książce "Katedra i bazar", w przypadku programów użytkowych jest ładną iluzją. Los firmy Netscape to potwierdza (rozdali swój kod pod wpływem Raymonda, autora w/w książki). W praktyce ktoś zawsze zarządza dużymi projektami i za to chce być wynagradzany, nie tylko zresztą pieniędzmi. Bycie urzędnikiem nie jest takie seksy jak pisanie kodu. Dlatego właśnie firma SUN ma problemy z OpenOffice. Po prostu ma zbyt mało ludzi do czarnej roboty. Polski przykład Janosika, podrzucony przez jednego z Czytelników, dobitnie pokazuje skutki braku przywództwa. Nawet po wygranym z ZUS procesie o wolny kod.

Mierzi mnie nachalna propaganda zwolenników wolnego oprogramowania, wg której "kupując oprogramowanie własnościowe nie ma się żadnych gwarancji, że będzie ono działać - takie gwarancje dostaje się wyłącznie za dodatkową opłatą, dokładnie tak, jak w modelu open source". Jest to nieprawda - kupując program dostaję taką gwarancję, za jaką płacę. To tylko w krajach o bardzo złym systemie prawnym, takich jak Polska, nie można oczekiwać niczego od producenta bubli programowych. Ale to jest już temat na zupełnie inny felieton. Myślę, że zamiast rozdawać używane prezenty (po angielsku nazywa się to regifting) w postaci cudzych idei, moi adwersarze powinni dobrze zastanowić się nad osobistymi motywacjami udziału w ruchu wolnego oprogramowania. I o tym właśnie chciałbym abyśmy podyskutowali. A nie o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą (nie znoszę obu).