Efektywność to my sami

W pierwszych swoich felietonach wspomniałem o nadziejach komputerowych, którymi żyliśmy dwadzieścia pięć lat temu, z początkiem dekady lat 70. Całkiem serio braliśmy złudzenie, że komputer wymusi na gospodarce "realnego socjalizmu" porządek i zdrowy rozsądek.

W pierwszych swoich felietonach wspomniałem o nadziejach komputerowych, którymi żyliśmy dwadzieścia pięć lat temu, z początkiem dekady lat 70. Całkiem serio braliśmy złudzenie, że komputer wymusi na gospodarce "realnego socjalizmu" porządek i zdrowy rozsądek.

Nabożeństwo i bojaźnie, jakie budził w ówczesnej elicie władzy, powinny były odsunąć ją od gospodarki na bezpieczny dystans i pozwolić na stopniowe, niedostrzegalne reformy. Jak wspominałem, wedle Johna Diebolda komputer w latach 80. miał przejąć niemal całkowicie zarządzanie przedsiębiorstwem, i - co zabawne - owa elita władzy też w to uwierzyła. By wyciągnąć z tego racjonalne dla siebie wnioski w porę.

Co jeszcze zabawniejsze, udało się to przewidzieć. Uprawialiśmy w naszej pracowni prognoz w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Informatyki gry symulacyjne, zorganizowaliśmy jedną, która miała zasymulować przyszłość informatyki w Polsce w ciągu najbliższych kilku lat i ta gra ujawniła, ku wyraźnemu rozczarowaniu entuzjastów z Biura Informatyki, że najbliższe lata nie tylko nie przyniosą dalszego postępu, ale wręcz przeciwnie, zahamują go i cofną. Moi koledzy, którzy wzięli na siebie role sił mogących wpływać na rozwój komputeryzacji kraju, odegrali je bezbłędnie. Motywacje i zachowania wszystkich tych sił odtworzyli z taką dokładnością, że końcowa prognoza sprecyzowała moment załamania co do roku. I zanim jeszcze rozpędził nas niejaki Straszak (nomen omen), deformatyk z KC, straciliśmy sympatię szefów samego owego biura (choć owa prognoza nigdy nie wyszła poza obręb naszego OBRI).

Przypominam o tym nie tylko dla anegdoty. Nie tylko dla filozoficznej w nastroju refleksji nad dzisiejszą euforią internetową (czy raczej - dokładniej - sieciową). Przypominam dla wątku, który tu nieodmiennie podejmuję - dla roli "czynnika ludzkiego" w efektywności stosowania komputerów.

Prawie bezprzedmiotowe są w rzeczywistości wyścigi software'owe i towarzyszące im już nie lęki, lecz nerwicowe stany lękowe, paraliżujące świadomością, że kupi się oto coś mniej rozwiniętego, niż to, co się na rynku pojawi za parę miesięcy.

Ukaże się na tych łamach, mam nadzieję, artykuł dr. Maciejca o warunkach instalowania MRP II, o warunkach informatyzacji gospodarki przedsiębiorstwa, ostrzegający, przy sposobności, szczegółowo przed bzdurami w takich zamierzeniach. Wyniknie z tego tekstu (nie czynię tu szkody przyszłej lekturze, bo nie tym się Autor zajmuje), że sam software, nawet najlepszy, efektywności przedsiębiorstwa nie zapewni. Mało, niczego nie rozwiąże w najważniejszej dla skuteczności przedsiębiorstwa sprawie - rozpoznania rynku i sposobach dotarcia do niego (tak, jak może być niezastąpiony w wyduszaniu efektywności z tych procesów, gdzie olbrzymie łączne oszczędności daje nawet ułamek procenta poprawy w tempie czy niezawodności jednostkowego przebiegu).

Największe w ostatnich latach, w tej epoce komputerowego skoku, sukcesy rynkowe osiągnęły mózgi ludzkie, a nie elektroniczne. Włącznie z Billem Gatesem. Największe straty wynikły z głupoty człowieka, posługującego się komputerem jako codziennym narzędziem o najbardziej wyspekulowanym oprogramowaniu - z lekkomyślności Leesona, który z Singapuru potrafił "załatwić" los banku Baringów.

A i ja zdrowo tu pokpiwałem, wyliczając, ile traci, czy to warszawska ekspozytura Coca-Coli, czy to Zielona Budka, na braku bieżącej informacji o zapotrzebowaniu ze strony detalistów - choć software z odnośnymi procedurami należy przecież do najstarszych zastosowań komputerów w gospodarce.

Proszę więc nie przejmować się za bardzo postępami software'u. Nie mówiąc już o tym, że odkąd czas i miejsce przestały się liczyć, coraz bardziej się on biurokratyzuje. Ba, zaczyna się niekiedy wręcz bawić sam sobą. Zajmując coraz więcej czasu człowiekowi na samo rozpoczęcie pracy z komputerem...

Efektywność to przede wszystkim my sami.


TOP 200