E-skrzynka

W budynku, gdzie mieści się moja wrocławska kwatera, założono ostatnio nowe, zwane europejskimi, skrzynki na listy.

W budynku, gdzie mieści się moja wrocławska kwatera, założono ostatnio nowe, zwane europejskimi, skrzynki na listy.

Różnica jest taka, że poprzednio listonosz umieszczał przesyłki od tyłu, po odchyleniu całej szafy ze skrzynkami od ściany, a teraz wkłada je od przodu, przez zamykane klapką szczeliny, znajdujące się w drzwiczkach do każdej z przegródek. Wrzucać więc przez szczelinę może każdy, bo chodzi o to, by nie tylko Poczta mogła dostarczać przesyłki, jak i o to, by nikt, poza posiadaczem klucza do danej przegródki, nie miał dostępu do tego, co już w niej leży.

Co mi jednak po nowej skrzynce, skoro jedyne rzeczy, jakie czasem zmuszony jestem kupić przez Internet, czyli książki, i tak w większości odbierać muszę na poczcie, bo przeważnie zapłacić można tylko przy odbiorze. Jakby na przekór wszystkiemu, co się o e-zakupach mówi, w przypadku książek jest zawsze i drożej, i gorzej. Drożej, bo mimo niższej nieco ceny, koszty przesyłki robią swoje. Gorzej - bo odbiór trzeba odstać na poczcie, co w moim przypadku (we Wrocławiu) oznacza 40-60 minut.

Paradoksalnie, na długość tego czasu po raz drugi ma wpływ e-biznes, bo najczęściej bywa tak, że o kilka miejsc wcześniej w kolejce stoi jakiś internetowy sprzedawca ze stosem kartonów i kartoników, które wysyła do swoich odbiorców. Jak taki dostanie się w końcu do okienka, to nie odejdzie stamtąd przed upływem pół godziny, bo wszystko przecież po kolei, musi być zważone, spisane, zarejestrowane i opłacone. Skądinąd ciekawy to przypadek spotkania e-sprzedawcy i e-nabywcy, pozwalający jakby temu drugiemu znaleźć się w skórze tego pierwszego.

No, ale przecież - powiecie na to - europejskie skrzynki instalujemy po to, by bez przeszkód mogli działać tzw. alternatywni dostawcy usług pocztowych, mający wprowadzić zdrową konkurencję w dziedzinie zmonopolizowanej dotąd przez Pocztę. Ja jednak powiem więcej - oni już działają!

Otóż na swój poznański adres z kolei, dostaję m.in. szereg prenumerowanych periodyków, a pośród nich i ten nasz, szacowny tygodnik. Wszystko od lat działało dobrze, aż tu tydzień, drugi, trzeci - nie ma nic. Po jakimś miesiącu, miejsce cierpliwości zaczął zajmować niepokój, i w końcu zadzwoniłem do Redakcji, gdzie dowiedziałem się, że zmienił się dostawca (zapewne na tańszego), a brakujące numery zaraz zostaną wysłane pocztą.

W jakieś dwa tygodnie po tym jak listonosz przyniósł owe brakujące numery (a dalsze bieżące nie docierały nadal), dzwonek do drzwi, a za nimi stoi chłopak, dziecko niemalże, i bez słowa podaje stos gazet. Pomyślałem - może od jakichś sąsiadów z bloku przysłali, by podał to, co omyłkowo trafiło do ich skrzynki? Ale za kilka dni, znowu ten sam młody człowiek, z następnym kompletem zaległych czasopism.

Okazało się, że to nie dziecko sąsiadów, lecz pracownik (?) prywatnego konkurenta Poczty Polskiej, który (zapewne będąc tańszy) przejął część jej przesyłek.

Pisano kiedyś o tym, jak w czasach, gdy komputery nie wiedziały jeszcze o istnieniu tzw. polskich czcionek, w pewnej miejscowości lokalny sąd słał wezwania na ulicę Łąkową, a trafiały one na Lakową, bo taka też tam była. W końcu sąd słusznie się zdenerwował i sam sprowadził sobie adresata sięgając po tzw. środki przymusu bezpośredniego w postaci milicji.

Teraz zaś, jak jedna prywatna firma (ale od Poczty tańsza), zaniedba dostarczenia na czas pisma procesowego, sąd sięgnie po pomoc innej prywatnej firmy, specjalizującej się w tanim dostarczaniu osób we wskazane miejsce, nieskrępowanej bynajmniej kodeksowymi regułami postępowania, jak jakaś milicja czy policja.

Nie wiem, jak wy, ale ja to wolę już odstać swoje na Poczcie.


TOP 200